3/28/2020

Sztuka obsługi penisa

Cześć!
   Zdecydowałam, że poza książkami, które dopiero co skończyłam czytać, warto pokazać tutaj również te, które wywołały we mnie jakieś skrajne emocje, czasem dobre, czasem złe. Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z ksiąską, którą przeczytałam już jakiś czas temu, ale na tyle zapadła mi w pamięć, że chciałam podzielić się z Wami moimi wrażeniami. A chodzi o "Sztukę obsługi penisa" Andrzeja Gryżewskiego i Przemysława Pilarskiego.
   Zacznę od rzeczy, która wydaje się zupełnie nieistotna, czyli od tego, jak książka wygląda. I powiem szczerze, że jest bardzo estetyczna i wpisuje się estetycznie w mój gust. Minimalistyczna grafika i kolorowa, można by powiedzieć, oprawa. Wszystko w bardzo dobrym guście. Na pewno będzie się bardzo dobrze prezentowała na półce i też jako prezent.
   Ze mną było tak, że trafiłam na tę książkę ze względu na to, że w jednym ze swoich filmów podsumowujących inspiracje miesiąca wspomniała o niej Radzka, jako o książkowej petardzie. Wcześniej bywało już tak, że część literatury, którą polecała w swoich filmach, podobała się i mnie, stąd też chętnie sięgnęłam i po tę pozycję. Trochę nie do końca wiedziałam czego się po niej spodziewać. W prawdzie słyszałam, że to kompendium wiedzy i każdy, naprawdę KAŻDY powinien ją przeczytać. A jak każdy to również i ja. 
   "Sztuka obsługi penisa" to przede wszystkim rozmowa, rozmowa dwóch mężczyzn o seksualności. Nie ma tam tematów tabu, nie ma cenzury, za to są fakty, odczucia, przeżycia, nie ma też oceny. Można nazwać to zbiorem wywiadów na konkretne tematy, jak problemy natury fizjologicznej i uzależnienia, jak również budowanie poczucia bliskości między kochankami. Spotkałam się raz z określeniem, że jest to książka o męskiej "psychice łóżkowej" i myślę, że jest to bardzo dobre określenie. A co najważniejsze, jest to rozmowa seksuologa, a wiele stwierdzeń poparte jest konkretnymi badaniami. 
   Myślę, że jest to bardzo ważna książka na polskim rynku wydawniczym. Mimo wszystko żyjemy jeszcze w kraju, w którym seksualność nadal często pozostaje tematem tabu. Nie wiemy jak rozmawiać właśnie o tych tematach. Rodzice czasem boją się zacząć temat z dzieckiem, a przecież tak nie powinno być. Często też w związkach, nie umiemy się dogadać, niepotrzebnie się obwiniamy za rzeczy, na które akurat możemy nie mieć wpływu. A najlepszym odzwierciedleniem tego, za jak dobrą uważam tę książkę może poświadczyć fakt, że po tym jak przeczytałam ją praktycznie na raz, polecałam ją każdemu mojemu koledze i każdej koleżance, mówiąc, że jeżeli tylko mają brata, ojca, chłopaka, męża, narzeczonego, kogokolwiek, to warto, żeby ją znały. Mimo wszystko część z tematów poruszonych tutaj może wydać się oczywista dla niektórych czytelników. Również i ja spotkałam się z zagadnieniami, które trochę mnie nudziły, stąd moja ocena ■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć). 
   Od kiedy przeczytałam "Sztukę obsługi penisa" minął już ponad rok, ale nadal  pozostaję przy opinii, że zdecydowanie warto się z nią zapoznać. Planuję też w niedalekiej przyszłości przeczytać również "Czasem czuły, czasem barbarzyńca". Może Wy macie jakieś książki w podobnej tematyce, które polecacie? Chętnie dodam je do mojej listy chcę przeczytać. A tymczasem trzymajcie się ciepło i do następnego!



W słuchawkach:

3/23/2020

Tatuażysta z Auschwitz

Hejka!
   Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam moją recenzję "Tatuażysty z Auschwitz" autorsta Heather Morris. 
   Jakoś tak bywa z ludźmi, że w trudnych czasach, chętniej sięgają po dzieła apokaliptyczne, opowiadające o zarazach czy po prostu, czasach, jakie akurat są, czyli trudnych. niezależnie od tego, czy historie naprawdę się wydarzyły, czy są całkowicie wymyślone, a może jedynie oparte na faktach. Jako ta ostatnia, czyli bazująca na prawdziwych wydarzeniach, przedstawiana jest książka, którą planuję dzisiaj opisać. Chociaż prawdziwość opisanych wydarzeń była wielokrotnie podawana w wątpliwość.
   "Tatuażysta z Auschwitz" nie jest typową powieścią obozową. Wprawdzie opowiada o brutalności, jaka miała miejsca w jednym z najbardziej znanych obozów zagłady, ale nie jest to główny wątek tej powieści. Na pierwszy plan wysuwa się historia miłości Lale'a Sokołowa. Naszego głównego bohatera poznajemy w drodze do obozu, jest wtedy młodym chłopakiem. Ma wykształcenie, zna kilka języków i jako jedyny w pociągu dla bydła stara się zachować pozory opanowania. Poznajemy go jako pogodne, bardzo zdeterminowanego do przetrwania chłopaka. Poznajemy, jak został wychowany, jakie zasady wpajała mu matka, jakie miał stosunki z domownikami, jeszcze zanim doszło do wojny. Widzimy też, jak wiele bardzo szczęśliwych zbiegów okoliczności pozwala mu przetrwać 3 lata w obozie koncentracyjnym. Gdzie sam bohater widział, a często też bardzo gwałtownie reagował na śmierć ludzi dookoła niego.
   Jako Polka zostałam trochę wychowana w kulturze, w której obozy koncentracyjne nie dziwią. Są pewną częścią historii. Bardzo brutalnej i niepotrzebnej historii, ale nadal historii. Powiem szczerze, że na początku byłam trochę zawiedziona tą powieścią. W szkole czytałam wiele powieści z łagrów czy właśnie z obozów i liczyłam na to, że "Tatuażysta z Auschwitz" będzie podobny. Czyli właśnie brutalniejszy, bardziej suchy, pokazujący ogrom zagłady. Jak to mówiłam moim bliskim, liczyłam na "prawdziwe mięso". A spotkałam lekko napisaną opowieść o bezwzględnej miłości, która jest w stanie przetrwać nawet tak straszne warunki, jakie są w obozie. Czy jestem rozczarowana tym, co spotkałam? Myślę, że nie. Nadal uważam, że jest to naprawdę dobra książka. Zupełnie inna niż myślałam, że będzie, ale, tak czy inaczej, dobra. Szybko się czyta. Można zabierać się za nią przed snem, ponieważ nie zawiera szczegółowych opisów tragedii jakie miały miejsce w Auschwitz i Birkenau.
   Choć brzmi to strasznie w stosunku do książki o największej w Europie zagładzie na tle rasowym, jest to lekka opowieść. I oceniając ją jedynie jako powieść, z historią, pięknie napisaną, oceniam ją bardzo wysoko. Jedyne co mnie zniechęca do pozytywnej oceny, to wypromowanie tej książki jako opartej na faktach. I zgadza się, Lale naprawdę żył, naprawdę poznał swoją przyszłą żonę w obozie, naprawdę przeżył wojnę i naprawdę opowiedział swoją historię autorce przed swoją śmiercią. Jednak mamy wiele dowodów na to, że opisana historia jest daleka od prawdy. I choć naprawdę wzrusza (nawet mnie wzruszyła, z moich twardym i lodowatym sercem, choć ostatnio coraz łatwiej mnie wzruszyć), nie nazwałabym jej książką historyczną, czy opowiadającą autentyczną historię. Patrząc na nią, jak na zwykłą powieść, oceniam na ■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć). Naprawdę przyjemnie (jakkolwiek by to nie brzmiało) mi się ją czytało. I gdyby nie to, że wokół drugiej książki tej autorki jest jeszcze więcej zamieszania, właśnie dotyczącego prawdziwości opisanych wydarzeń i dobrego imienia opisanej tam kobiety, chętnie sięgnęłabym też po "Podróż Cilki".
   Trzymajcie się ciepło i do następnego wpisu! :>



W słuchawkach:

2/09/2020

Znak czterech

Hej, hej!
  Dzisiaj chciałabym opisać moje wrażenia po przeczytaniu "Znaku czterech"  autorstwa Arthura Conana Doyle'a.
  Na początek trochę faktów, aby lepiej zrozumieć o co chodzi. Zacznijmy może od tego, że jest to druga książka z serii o Sherlocku Holmesie. Wydana pod koniec XIXw. czyli naprawdę dawno temu (już ponad 100 lat). Akcja toczy się właśnie w czasach, w których była napisana, w Londynie.
  Samego Sherlocka Holmesa na pewno wszyscy kojarzą, jeśli nie z ram książek, to chociażby filmów, seriali czy popkultury, ponieważ wdarł się do niej i został jej nieodłączną częścią. Jest to dość ekscentryczny detektyw, bardzo inteligentny, uwielbiający teoretyczne dywagacje i pozwalający innym również rozwiązywać zagadki, które dla niego są już dawno rozwiązane.
  Kolejną postacią, która nieodłącznie towarzyszy Sherlockowi, jest Wadson, czyli można by powiedzieć pomocnik, ale i dobry przyjaciel Sherlocka. Ich poznanie zostało szczegółowo opisane w pierwszej książce z serii, więc nie będę się na tym skupiała. To, co ważne, to fakt, że narracja "Znaku czterech" prowadzona jest pierwszoosobowa właśnie przez Wadsona.
  Sherlock, jak to na detektywa przystało, otrzymuje kolejne zlecenie rozwiązania zagadki, z którym radzi sobie raz lepiej, raz gorzej. Z Wadsonem w bardzo ograniczony sposób dzieli się faktami, przez co nie pozostawia czytelnikowi za dużo miejsca na domysły i samodzielną próbę rozwiązania zagadki. Myślę, że gdybym miała możliwość sama domyślać się, kto, co i jak, dużo bardziej byłabym wciągnięta w tę historię.
  Z samym Sherlockiem myślę, że można albo się polubić, albo nie uznawać go za jakieś wybitne dzieło. Dla mnie jest dość neutralny, jeśli chodzi o serię. Nie odbieram mu tego, że na swoje czasy był na pewno przełomowym dziełem, tak czy inaczej sam "Znak czterech" nie porywa. Akcja opisywana jest w sposób dość zwięzły i przez pierwszoosobową narrację nabiera tempa, którego sama zagadka za dużo nie ma. Wpleciony jest dość subtelnie wątek miłosny, który również nie należy do wyjątkowo wciągających. Jedno co zdecydowanie mnie zaskoczyło (choć jest to jedynie kwestia mocno drugorzędna i wynikająca z życia w zupełnie innych czasach, to podejście do substancji uznawanych obecnie za narkotyki, jak kokaina). Sama nie wiem, czy mogę polecić tę książkę, komuś, kto nie jest fanem Sherlocka. Jest dobrze napisana, ale nie będzie to na pewno jedna z tych książek, do których chętnie wracam myślami i z ręką na sercu mogę ją polecić. Takie można powiedzieć mocne ■■■■■■□□□□ (sześć na dziesięć), szczególnie za przełomową formę, jak na koniec XIXw. Doceniając również to, jak łatwo obraz dość kontrowersyjnego detektywa zagnieździł się w dzisiejszej kulturze.
  Dzisiaj krótszy post, ale wyczekujcie kolejnej recenzji jeszcze w lutym. Może tym razem bardziej rozbudowanych?
Do zobaczenia!



W słuchawkach:


1/26/2020

Czerwony smok

Hejka Kochani!
  Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną recenzją książki, ktorą skończylam w ostatnim czasie, a jest nią "Czerwony smok" Thomasa Harrisa. 
  Zacznę może od tego, jak w ogóle trafiłam na tę książkę. Gdy zaczęłam czytać więcej i polubiłam czytanie, postanowiłam sobie, że nie będę oglądała filmów na podstawie książek, nim je przeczytam. Mając w głowie, że "Milczenie owiec" (tak, "Milczenie owiec", nie "Czerwony smok") jest bardzo kultowym filmem, widząc od czasu do czasu, że pojawia się w telewizji, książka o tym samym tytule od razu trafiła na listę do przeczytania przed obejrzeniem filmu. Systematyzując książki na moim koncie na LubimyCzytać, zobaczyłam, że niestety jest to druga książka z cyklu z Hanibalem Lecterem. Uniosłam się dumą i stwierdziłam, że nie będę ich czytała nie po kolei, tylko tak jak należy. Stąd "Czerwony smok" też wylądował na liście książek do przeczytania. Myślałam, że po prostu oddala mnie to od przeczytania tej książki, która jest dla mnie "ważniejsza", czy też "bardziej interesująca". Nie miałam pojęcia, jak bardzo się myliłam.
  Mimo mojej nadziei na pierwsze spotkanie z Hanibalem Lecterem byłam nie mało zaskoczona odkrywając, że nie gra on tutaj pierwszych skrzydeł. Jako bardzo barwna postać pozostaje na drugim planie - to nie on jest tutaj mordercą, którego szukają służby specjalne w USA. Poznajemy kawałek jego historii, dowiadujemy się, dlaczego jest tak bardzo pilnowany w więzieniu i dlaczego nie trafił do szpilata psychiatrycznego jako chory, ale nie skupiamy sie na tym tak jak na nowym psychopacie - Francisie Dolarhyde'u. 
  Bardzo spodobało mi się, jak została stworzona postać Francisa. Poznajemy go jako mordercę, poznajemy jego myśli i motywacje, które dla zwykłego czytelnika mogą wydać się bardzo abstrakcyjne. Ale poznajemy też całą jego historię, to jak był traktowany i przez kogo, jakie krzywdy go spotkały w życiu, jakie ma, często nienazwane lęki. W konsekwencji kształtuje to postać, z którą czytelnik w jakimś stopniu może się utożsamić. Sama miałam tak, że nie raz współczułam mu tego, co przeżył, gdy coś zaczynało się układać, z prawdziwym lękiem widziała, jak jego przeszłość zaprzepaszcza wszystkie pozytywne aspekty jego życia, jednocześnie, mając przed oczami zbrodnie, których dokonał. Podziwiam to, jak Harris potrafił wywołać we mnie autentyczne uczucia i jak skrajne w stosunku do konkretnych bohaterów one były.
  Kolejną postacią, można powiedzieć pierwszoplanową, która wymaga pochylenia się nad nią, jest detektyw Will Graham. To właśnie Will był tym, któremu udało się rozpracować myślenie Lectera, dlatego też został poproszony o pomoc i przy kolejnym, praktycznie nie do rozwiązania śledztwie. Nie chcąc zdradzać, jak to wszystko mu się udaje, napisze jedynie, że jego też poznajemy dość dokładnie, jego myślenie, jego lęki, to jak łączy swoją przeszłość z tym, co jest teraz, jak układał sobie życie, dlaczego było i nadal jest to dla niego bardzo trudne.
  "Czerwony smok" jest po prostu majstersztykiem, dla mnie bardzo mocne ■■■■■■■■■□ (dziewięć na dziesięć - dla mnie to naprawdę baaardzo wysoka ocena). Moim zdaniem Harris znajduje idealne wyważenie pomiędzy szczegółowością opisów często bardzo brutalnych morderstw, a analizą umysłu psychopatów, socjopatów, morderców. Powiem szczerze, że dość długo odkładałam przeczytanie "Czerwonego smoka" obawiając się właśnie zbyt drastycznych opisów, po których nie można spać. I pewnie, bardziej wrażliwych czytelników może nie raz zemdlić, gdy będą wyobrażali sobie bardzo dobrze opisane sceny znęcania się nad ofiarami, gwałtów i zabójstw. Dla mnie jednak nie są one na tyle drastyczne, żebym z zaciekawieniem nie czytała kolejnych i jeszcze kolejnych opisów. Powiem nawet, że w porównaniu z niektórymi książkami obozowymi opisy te są nawet dość delikatne. I ostatecznie rzeczywiście nie mogłam spać, czytając "Czerwonego smoka", to jedna z niewielu książek, które na tyle utrzymywały mnie w napięciu, że zarywałam nowe, żeby przeczytać kolejne rozdziały. Tę książkę czytało mi się świetnie i chętnie w niedługim czasie sięgnę po kolejne dzieło Harrisa z tej serii.
Na dzisiaj to wszystko, do zobaczenia!



W słuchawkach:

1/18/2020

Cyberiada

Hejka!
    W ostatnich dniach udało mi się skończyć zaczętą już daaaawno temu książkę - "Cyberiadę" Stanisława Lema. Nie była to łatwa lektura, mimo to chciałabym podzielić się z Wami moją opinią o niej.
    Kosmiczne przygody, z zabawą językiem, satyrą każdego aspektu życia, technicznymi szczegółami i rozważaniami natury filozoficznej – to właśnie cała „Cyberiada”.
    Na przeczytanie „Cyberiady” Lema zdecydowałam się po obejrzeniu adaptacji teatralnej kilku opowiadań właśnie z tej książki. Zachwycona manewrowaniem słowa w czasie przedstawienia wiedziałam, że książka musi być równie niesamowita. A jak było?
    Zacznę może od tego, że bardzo dużo czasu zajęło mi przeczytanie jej jako całości. Dlaczego? Przede wszystkim było to spowodowane mnogością nawiązań, jakie występują ramach treści. Z pozoru łatwa fabuła, gdy odkrywa się kolejne nawiązania do rzeczywistości, potrafi w dość drastyczny sposób zmusić do przemyśleń i odłożenia lektury na kilka dni. Kolejnym aspektem jest znów mnogość, ale tym razem bardzo rozbudowanych zdań z rzeszą neologizmów. Widać, że Lem nie szczędził zabawy w wymyślaniu kolejnych określeń rzeczywistości. Przyznam, że czasem musiałam wielokrotnie pochylić się nad danym słowem, żeby po pierwsze je przeczytać, a po drugie zrozumieć chociaż po części jego znaczenie. Wielokrotnie dopiero po przeczytaniu danego słowa na głos miałam wrażenie, że w końcu rozumiem, o co w nim chodzi. I po trzecie, mam wrażenie, że nie ma dziedziny nauki, z której wiedza nie byłaby w sposób bezpośredni wykorzystana na stronach opowiadań. Często cieszyłam się, że mam wiedzę zarówno z zagadnień typowo technicznych, jak i znam podstawy psychologii czy socjologi, dzięki czemu mogłam lepiej zrozumieć całość tekstu.
    Mówiąc ogólnie, jest to literacki majstersztyk. Widać ogromną zabawę zarówno językiem, formą jak i treścią. Można godzinami rozwodzić się nad tym, jak bardzo dopracowana jest to lektura. Jak wiele przekazuje. Można rozpływać się nad groteską i satyrą świata, a do tego mówić o uniwersalności zawartych w niej treści. Sama byłam bardzo zaskoczona, jak raczej dość młoda czytelniczka, widząc lekturę z 1965 roku, której treść, mimo być futurystyczną niezdezaktualizowała się przez te wszystkie lata. Byłam pod nie małym wrażeniem, w tak uniwersalny, ogólny, a jednocześnie bardzo konkretny sposób spisane są kolejne przygody głównych bohaterów. Trzeba jednak nadmienić, że nie jest to książka dla każdego i raczej nie polecałabym jej jako pierwszego spotkania z literaturą Lema. Dla mnie było to pierwsze spotkanie, wiem, że nie ostatnie, ale na pewno minie trochę czasu nim po raz kolejny sięgnę po książkę Lema, mając z tyłu głowy, że to była naprawdę trudna książka. Mimo to, dla mnie jest to mocne ■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć).
Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia w kolejnym wpisie, który mam nadzieję ukaże się już niedługo!



W słuchawkach:

1/03/2020

Jak mniej myśleć

Cześć!
  Dzisiaj przychodzę do was z recenzją i krótkim opisem moich wrażeń po przeczytaniu książki: "Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych" (całkiem długi tytuł) autorstwa Christel Petitcollin.
  Sama autorka opisywana jest konsultantkę i trenerkę komunikacji, psychoterapeutę oraz mówcę. Wiadomo, że pracuje w prasie i radiu. A ponadto odnoszącą sukcesy autorką wielu książek (w tym tej, która zyskała w 2019 roku nie małą popularność). Sama przedstawia się przede wszystkim jako psychoterapeuta i specjalistka od NLP (Natural Language Processing).
  Ja trafiłam na tę malutką książeczkę zupełnie przez przypadek. Moja znajoma w czasie wakacji wspomniała, że właśnie ją ma, że słyszała dużo pozytywnych opinii i myśli, że jej się spodoba. Przy okazji opowiedziała mi o tym, jak ona, jako studentka psychologii, traktuje temat osób wysokowrażliwych i nadwydajnych. Opisała te osoby, jako analizujące dosłownie każdy element przestrzeni, sytuacji, osoby itd. które je otaczają, często zwracając uwagę na nieistotne dla większości elementy, jak krzywo ułożone książki, jeden guzik, który jest odpruty w kardiganie, czy to, że ktoś nosi zawsze małe kolczyki w uszach. Słysząc taki opis, od razu uznałam, że ta książka idealnie nadaje się dla mnie. Nawet nie miałam pojęcia, jak bardzo się myliłam.
  Zacznijmy do tego, jakie cele ma ta książka:
  • przedstawienie mechanizmów działania umysłu osób wysokowrażliwych i nadwydajnych,
  • pokazanie myślenia, w tym idealizmu oraz autentyczności takich osób,
  • ułatwienie funkcjonowanie takiej osoby w świecie, który z założenia jest nieprzystosowany do niej. 
W taki też sposób książka została podzielona na trzy części, które można by traktować osobno, gdyby autorka nie uprzedziła nas, że są ze sobą ściśle związane i nie można patrzeć na nie niezależnie (widzicie, że nie zgadzam się w tym twierdzeniem, prawda?). Każda z części ma za zadanie realizować jeden z celów nakreślonych przez samą autorkę. I moim zdaniem, dobrze to robi jedynie w przypadku pierwszego celu. Opisanie, dość szczegółowe samego funkcjonowania mózgu i wynikających z tego konsekwencji jest moim zdaniem najlepszą częścią tej książki. Jeśli chodzi o pozostałe cele, moim zdaniem nie zostały zrealizowane ze względu na dość schematyczną klasyfikację osób, które zostały określone jako wysokowrażliwe i nadwydajne. Tym samym przechodzimy to największych zarzutów, jakie mam w stosunku do tej książki.
  Na samym początku zacznę, od jakiej klasyfikacji dokonała autorka. Stwierdziła dość otwarcie, że osoby wysokowrażliwe i nadwydaje, są to najczęściej osoby z cechami ze spektrum autyzmu, najczęściej z Zespołem Aspergera. Tłumaczy to często nieumiejętnością takich osób w odnalezieniu się w sytuacjach społecznych. I pewnie, jest to jak najbardziej cecha osób z Zespołem Aspergera, ale w ramach opisu osób wysokowrażliwych i nadwydajnych, nie była to wymieniona cecha. Mam wrażenie, jakby autorka znalazła kilka osób, właśnie z Zespołem Aspergera i do tych osób dostosowała opis wysokowrażliwych i nadwydajnych. Jest jeszcze jedna cecha, którą ściśle ma wiązać osoby nadwydaje z Aspergerowcami, a mianowicie analizowanie bez końca (jak w tytule książki). I tak, może to być cecha osób z tym zespołem, ale u takich osób, może to skupić się na czymś zupełnie innym, albo w ogóle się nie objawić. A tego typu zachowania u dzieci, opisane oczywiście w książce, mogą wynikać w równej mierze z wychowania, wysokiego ilorazu inteligencji, jak i zaburzeń, jak Zespół Aspergera.
  Kolejnym moim zarzutem wobec tej książki jest stygmatyzowanie osób określonych jako wysokowrażliwe, nadwydajne, czy z Zespołem Aspergera. Nie jednokrotnie w książce pojawia się odniesienie tych osób, do reszty, czyli "normalnie myślących" ludzi. Więc idąc analogią, wszystkie osoby, które w jakimś stopniu utożsamiły się z opisem osób wysokowrażliwych lub nadwydajnych są nienormalne. Ale, zaraz. Kto wyznacza normy? Jest to średnia? Co najgorsze, w książce, w żaden sposób ta norma nie jest zdefiniowana, nie ma punktu odniesienia, a określenie to jest wręcz nadużywane. Do tego nie jestem pewna, czy bardziej przez to określenie stygmatyzowane są osoby "normalne" czy "nienormalne", bo te normalne przedstawione są w sposób bardzo krzywdzący w stosunku do nadwydajnych. Normalnie myślący nigdy nie zrozumie tego, nie jest w stanie swoim umysłem pojąć tego, dla niego jest to dziwne i zupełnie niezrozumiałe zachowanie. Wydaje mi się to niesamowicie krzywdzące zarówno dla osób określonych jako normalne, jak i dla tych, które normalnymi nazwane nie zostały.
  I ostatni z zarzutów, które chcę wymienić to niekonsekwencja. W ramach zachowań i sposobu myślenia opisanego w ramach pierwszej części dane zachowanie nie jest możliwe dla osoby wysokowrażliwej czy nadwydajnej, natomiast w części z poradami, jak funkcjonować, przedstawione jest jako coś, co należy robić. Jako przykład podam tutaj kontakty z innymi ludźmi. Na początku opisano, że te są na tyle trudne, że z "normalnie myślącymi" rozmowa jest zbyt powierzchowna, natomiast z innymi nadwydajnymi zupełnie nie ma sensu, bo każdy ma swój na tyle indywidualny sposób postrzegania i nawet z innym nadwydajnym nie uda się znaleźć nici porozumienia. Natomiast w ostatniej części, wprost powiedziane jest, szukaj innych nadwydajnych, znajdziecie nić porozumienia. A to tylko jeden z licznych przejawów niekonsekwencji.
  Jako całość nie oceniam tej pozycji najlepiej. Jest lekko napisana, dla osoby, która nie zna postaw psychologii, ani nauk pokrewnych, może być źródłem ciekawych informacji. Miałam wysokie oczekiwania w stosunku do niej, których niestety nie spełniła, stąd moja ocena ■■■■■□□□□□ (pięć na dziesięć). Normalnie nie sięgnęłabym po drugą część, ale mam je obie, w mojej domowej biblioteczce, stąd prędzej czy później, również "Jak lepiej myśleć" znajdzie się wśród pozycji przeze mnie przeczytanych.

Miłego wieczoru i do zobaczenia!



W słuchawkach:

6/30/2019

Bóg w wielkim mieście

Cześć Kochani!
  Bardzo dawno nie pisałam. Nie sądzę, że wrócę do systematyki pisania, a jednak chciałam opublikować moje przemyślenia dotyczące ostatnio przeczytanej książki. Dzisiaj zajmiemy się dziełem Katarzyny Olubińskiej pt. "Bóg w wielkim mieście".
  Zacznę może od tego jak trafiłam na tę książkę. Generalnie nie mam w zwyczaju za bardzo zagłębiać się w świadectwa ludzi, mówiące o tym, jaki Bóg jest super, bo uzdrawia itd. Mimo że jestem wierząca, bardzo trudno mnie przekonać do takich historii. I nie chcę tutaj wywoływać wojny o to, czy Bóg jest, czy Boga nie ma. Jakie każda ze stron ma dowody. Zaznaczam tylko, ze zawsze sceptycznie podchodziłam do tego typu książek i sama raczej po nie nie sięgam. Raz sama sięgnęłam po książkę religijną (wcześniej samodzielnie ją kupując) - był to "Bóg nie żyje". Sugerowała, że tam właśnie są dowody na istnienie Boga. Sama nie mogę się zgodzić z tym stwierdzeniem, bo "dowody" były średnio przekonujące, a do tego jestem zdania, że nie znajdziemy dowodów. Gdyby były dowody, to by nie było wiary. Ale odbiegam od tematu.
  Dwa lata temu dostałam tę książkę od mojej wspólnoty na urodziny. To było coś super, bo sama nigdy bym się nie spodziewała, że mogą zorganizować coś takiego dla mnie. A że był to prezent od wspólnoty, to musiało być religijnie. Książka przeleżała u mnie prawie dwa lata, nim się za nią zabrałam, ale uznałąm, że jako lektura przed pójściem spać może okazać się bardzo dobra. I tak właśnie było.
  Trudno jest mi napisać coś obiektywnego na jej temat, szczególnie ze względu na jej formę. Jest to tak naprawdę zebranie wywiadów z polakami, mniej lub bardziej znanymi, przeplecione razem z osobistymi odczuciami. Na jaki temat? Jak sam tytuł wskazuje na temat Boga. Tego, jak go szukać? Czy w ogóle warto? Gdzie oni (autorka i wszyscy, którzy zgodzili się udzielić jej wywiadu) Go znaleźli.
   Jak dla mnie jest to dość dobra inspiracja do zmienienia swojego życia, do tego, żeby samemu zacząć szukać. W końcu przestać się tłumaczyć, że miasto wymaga od nas innej postawy. Autorka książki sama była kiedyś kobietą z wielkimi marzeniami. Pochodzi z małej miejscowości i przyjechała do Warszawy robić karierę. Naoglądała się wcześniej filmów, jak to w tym "wielkim mieście" jest. Kiedy czujesz się panem wszystkiego, a świat tylko pomaga Ci w tym wszystkim, co robisz. Zetknęła się ona jednak z bardzo brutalną rzeczywistością, która dość szybko zmusiła ją do przewartościowania tego co robi. Opisała to wszystko razem ze spotkaniami z niesamowitymi ludźmi, w bardzo przystępnej formie. Jako lektura, na pół godziny przed pójściem spać (jeśli tylko nie drażnią Was wszystkie tematy związane z kościołem, wiarą i Bogiem), nadaje się idealnie, oczywiście moim zdaniem. Za każdym razem można poznać nową historię, nowego człowieka. Nie wystawiam oceny, bo trudno jest ocenić czyjeś świadectwo życia.
  Jako SPOILER (jeśli nie znacie, autorki chociażby z telewizji, jak to było w moim przypadku), mogę Wam powiedzieć, że na tem moment odnalazła swoje szczęście. Zadomowiła się w Warszawie. Książkę napisała dla tych wszystkich ludzi jak ona, z wielkimi marzeniami. Powstała ona równolegle z rozwijanym blogiem: bogwwielkimmiescie.pl



W słuchawkach:

12/28/2016

Jak podróżować to tylko busem

  Cześć kochani!
  Już bardzo długo nie pisałam niczego na blogu. Studia i wszystko co robię poza nimi okazało się dla mnie zbyt wymagające i niestety musiałam całą swoją uwagę poświęcić właśnie temu. Teraz właściwie piszę, żeby mieć mniejsze wyrzuty sumienia, że się nie uczę. Ale do rzeczy. Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić recenzję pożyczonej od znajomego książki Karola Lewandowskiego "Busem przez świat. Wyprawa pierwsza".
   Może zacznę od tego, co podkusiło mnie, żeby sięgnąć po tę właśnie pozycję. Wyglądało to tak, że nie chciałam uczyć się w święta (kolejna wymówka od nauki, ale naprawdę powoli zaczynam mieć jej już po dziurki w nosie - kiedy studiuje się dwa kierunki wydaje się to być zupełnie naturalne, podejrzewam, że już przy jednym byłoby podobnie), a książka leżała i się kurzyła. Jak już wspomniałam pożyczył mi ją przyjaciel (było to już dość dawno, bo jakoś w październiku czy na początku listopada, wtedy też ja pożyczyłam mu "Rok 1984" Orwella, a do tej pory nie miałam chwili, żeby ją ruszyć). Samo pożyczanie też nie wyglądało jakoś standardowo, w stylu: 
- O, masz tę książkę?! Ale super, zawsze chciałam ją przeczytać. Pożyczysz mi ją?
- Pewnie, trzymaj.
Było to bardziej coś w stylu:
Przyjaciel przygląda się uważnie książce, patrzy na nią, na swój zapchany plecak, z powrotem na książkę, a potem na mnie, która stałam akurat zaraz obok.
- Chcesz?
- No ok.
Więc sami widzicie, że nie jest to książka, na której przeczytanie czekałam latami i tylko szukałam nadarzającej się okazji, żeby dorwać się do jej czytania, a raczej coś o czym inni pomyśleli, że może mi się spodobać. I mięli absolutną rację.
  Książka opowiada o prawdziwej przygodzie, jaką przeżyła piątka przyjaciół. Postanowili wyruszyć na Gibraltar przy jak najniższych kosztach. Był to pomysł na tyle szalony, na tyle odważny i piękny, że coś musiało pójść nie tak. Wszyscy znajomi powtarzali im, że to nie ma szans się udać, że chyba zwariowali, albo coś brali. Mimo to, oni się nie poddali. Nie dość, że udało im się znaleźć i wyremontować busa za grosze, to jeszcze naprawdę wyruszyli w podróż po Europie. 
  Karol, autor książki i pomysłodawca wyprawy, w sposób bardzo humorystyczny i bezpośredni opisuje wszystkie przygody, które napotkali na swojej drodze. Szczerze dzieli się odczuciami, choć czasem jest bardziej oszczędny w słowach niż miało to miejsce w rzeczywistości. Nie oszukujmy się, piątka dorosłych facetów, w jednym busie, to prawie nie możliwe, żeby przez miesiąc wszyscy byli kulturalni przez cały czas, a przecież dochodziło do sporów.
  Co warto zaznaczyć, książka ta jest niesamowita inspiracją i motywacją do podróżowania. Pokazuje, że przy bardzo ograniczonym budżecie można przeżyć przygodę życia i zwiedzić naprawdę pół świata. Ta wyprawa była jedną z pierwszych tego typu, a miała miejsce w 2010 roku. Od tego czasu po Europie (często trasą na Gibraltar, którą wybrali chłopaki) jeździ masa kolorowych busów z przyjaciółmi, którzy właśnie przeżywają największą przygodę swojego życia. Ale poza tym książka ta zawiera wiele praktycznych porad dotyczących wyjazdu. Jest w niej rozpisany dokładny kosztorys  całej wyporawy. 
  Jak już wspomniałam, nie chciałam się uczyć w święta, więc wzięłam się za czytanie. I tak jak zaczęłam czytać po południu, tak skończyłam wieczorem. Jest to lektura do pochłonięcia, do przeczytania na raz, jeśli tylko znajdziecie tyle czasu. A poziom entuzjazmu, zaangażowania i chęci do pracy drastycznie wzrasta po przeczytaniu. Od razu chce się wyjechać, szczególnie, gdy całe życie marzy się o podróżowaniu. Całość, będąc jeszcze nabuzowana emocjami, jakie wywołała we mnie lektura, oceniam na ■■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć). Zdecydowanie warto.
  Jedna z grup, w której się udzielam (do niej właśnie należy chłopak, który pożyczył mi książkę - prawdę mówiąc to on ją prowadzi i trzyma razem) ma plan właśnie na podobną podróż po Europie, na nasz własny Eurotrip. Udało mi się dowiedzieć, że ta książka była główną i największą inspiracją do tej wyprawy. Już od pół roku ciągle słyszę o jakichś busach, których szukają chłopaki. Nie mogę się doczekać.
  Od kiedy pisałam ostatni raz, przeczytałam jeszcze jedną książkę, jeśli tylko znajdę chwilę, między pierwszą a drugą w nocy, po tym jak skończę przygotowania najpierw na jeden, potem na drugi kierunek, a wcześniej ogarnę wszystkie grupy i korepetycje, to napiszę kilka zdań o "Coś się kończy, coś się zaczyna" Sapkowskiego. Do zobaczenia!
  I jeszcze jedno, chłopaki mają swojego bloga, inne książki i w ogóle, ja to wszystko na razie tylko odkrywam, ale zapraszam i tam, bo na pewno warto!



W słuchawkach: 

8/28/2016

Paragraf

   W ostatnim czasie udało mi się skończyć (długo męczoną książkę), którą jest powieść Josepha Hellera "Paragraf 22". Zajęło mi to naprawdę dużo czasu, ze względu na wiele kwestii zupełnie niezależny ode mnie, jak nawał pracy na studiach czy zwykłe zmęczenie, które dzień w dzień dawało o sobie znać. To potworne uczucie, kiedy jesteś tak zmęczony, że nie jesteś w stanie czytać. na szczęście to już za mną i wróciłam do formy. Ale przejdźmy do książki.
   "Paragraf 22" opowiada o życiu lotników w czasie II Wojny Światowej. pokazuje jak naprawdę wygląda życie w jednostce organizacyjnej wojska. Wszystko wydaje się normalne, gdyby nie to, jak czasem idiotyczne potrafią być sytuacje przedstawione na stronach tej książki. Coś co wydaje się zupełnie nierealne, nieprawdopodobne, a po rozmowie z człowiekiem, który miał bezpośredni kontakt z wojskiem, okazują się jak najbardziej prawdziwe.
   Istotną częścią powieści Hellera jest czarny humor, który przemawia przez każdą scenę książki. Sama bardzo długo musiałam się przyzwyczajać do tego humoru (nie było to ani łatwe, ani momentami przyjemne - borykanie się z książką, która nie do końca trafia w mój gust, jeśli chodzi o tematykę, a do tego nie umiem pogodzić się z istotą książki, jaką jest czarny humor - krótko mówiąc  tragedia), ale gdy stał się dla mnie już normalnością, mogłam nawet bez większego zażenowania śmiać się z irracjonalnych sytuacji przedstawionych w tej książce.
  Ale właściwie o co chodzi z tym tytułowym Paragrafem 22? Sama nie do końca wiedziałam, gdy zaczynałam czytać powieść Hellera. Miałam nikłe pojęcie o nim, gdy tata zasugerował, że sytuacja z Trybunałem Konstytucyjnym w Polsce, była nie małą analogią, do Paragrafu 22. Mianowicie: Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym jest niezgodna z Konstytucją. Niezgodność z Konstytucją tej ustawy może stwierdzić jedynie Trybunał Konstytucyjny. Wyrok Trybunału nie będzie miał mocy prawnej, ponieważ zostanie orzeczony na mocy ustawy niezgodnej z Konstytucją. A tak naprawdę chodzi mniej więcej o to, że aby zostać zwolnionym z odbywania obowiązkowych lotów, trzeba być chorym psychicznie, żeby to stwierdzić, należy zgłosić się do lekarza, ale ktoś kto zgłasza się do lekarza z prośbą o zwolnienie, martwiąc się o swój stan zdrowia, nie może być chory. I tym sposobem wszyscy, czy zdrowi, czy chorzy odbywali obowiązkowe loty. Paragraf 22 mówił też o tym, że można robić wszystko co nie jest w nim zabronione, ale że nikt nigdy nie widział Paragrafu 22 na oczy, to właściwie można było zrobić wszystko i powołać się właśnie na ten paragraf.
   A co ja myślę o 'Paragrafie"? Ciężko było mi dojść ze sobą do porozumienia, co tak naprawdę uważam o tej książce. Jedno co jest pewne, jest to warta przeczytania powieść. Pokazuje, w prawdzie przerażające, ale zawsze, realia. Konfrontacja tego, jakie mamy wyobrażenie o wojskowości i o wojnie, z tym jak to wygląda z punktu widzenia żołnierza jest bardzo wartościowym przeżyciem. Dodatkowo ten nieszczęsny język, choć momentami trudny (nie do czytania, gdy jest się choć trochę zmęczonym, nie nadaje się również na wykład, nawet ten najnudniejszy, no i nie przypadnie do gustu szukającym lekkiej lektury), może ubogacić nas, nie do końca jestem w stanie powiedzieć, w jakiej dziedzinie, ale na pewno ubogaca. Może nie jest to książka, do której będę wracała z pasją, jak np. do "Roku 1984", ale będę ją miło wspominała, a czasu, który poświęciłam na przeczytanie powieści Hellera nie uważam za stracony.
   Podsumowując, "Paragraf 22" to książka poruszająca w swojej komicznej formie bardzo trudne tematy. Pozwala na konfrontację naszych poglądów, z tragiczną rzeczywistością. Daje jasny w przekazie obraz świata ogarniętego wojną. Jest dla czytelnika wyzwaniem, z którym moim zdaniem warto się zmierzyć. Moja ocena, choć nie była łatwa do wyprowadzenia, to ■■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć).
   W najbliższym czasie, w książkach, które będę czytała, mam nadzieję odejść od tematyki wojny, a przynajmniej tej prawdziwej. Może następna lektura będzie dla mnie bardziej łaskawa i pozwoli (razem z dużą ilością wolnego czasu) szybciej coś naskrobać. Trzymajcie się ciepło i do następnego! ;)


1/14/2016

Bo z pszczołami nigdy nic nie wiadomo

Cześć!
  W tym tygodniu udało mi się skończyć kolejną książkę. Można powiedzieć, że był to dla mnie powrót do dzieciństwa i idealna książka po thrillerze psychologicznym - łatwa, prosta, urocza. Dlatego też zapraszam wszystkich do przeczytania mojej recenzji "Kubusia Puchatka" Alana Alexandra Milne'a.
  Dlaczego sięgnęłam akurat po tę książkę? Jest kilka powodów. Przede wszystkim nigdy jej nie czytałam, a mimo wszystko wydaje mi się (i wydawało zanim zaczęłam ją czytać), że jest to książka, której nie można nie znać, jeśli tylko lubi się czytać. Swoisty kanon literatury. Dodatkowo jest to jedna ze 100 książek BBC, które trzeba przeczytać. No i oczywiście tyle się w dzieciństwie naoglądałam Kubusia Puchatka, że musiałam poznać pierwowzór kreskówki.
  Może to dziecinne, ale nie mogłam się doczekać, aż poznam kolejne przygody Kubusia i wszystkich jego przyjaciół. Ale zacznijmy od początku. 
  Co mnie najbardziej urzekło w tej książeczce dla dzieci? Przede wszystkim to, że chyba nie da się z niej wyrosnąć, a człowiek w każdym wieku i stanie emocjonalnym będzie odkrywał ją na nowo. Ja, jako że pierwszy raz sięgnęłam po nią dopiero teraz, mając prawie 20 lat, nie identyfikowałam się z żadnym z bohaterów-zwierzątek, jak to robi większość dzieciaków, gdy tylko opowiada im się takie historie. Nie byłam też Krzysiem, który "dowodził" całą kompanią, za to wczułam się w rolę opowiadającego historię. Tak też może się czuć każdy rodzic, który czyta swoim, jeszcze małym, dzieciom przygody Kubusia na dobranoc. Dodatkowo, choć wiem, że to nie będzie duże odkrycie, każda z postaci przedstawia jedną wyolbrzymioną cechę charakteru. Kubuś jest głupiutki, Prosiaczek - bojaźliwy, Królik - zarozumiały, Sowa - przemądrzała, Kłapouchy - smutny, Kangurzyca - troskliwa, a Maleństwo - beztroskie. Moim zdaniem wszystko to jest piękne w swojej prostocie.
  Można wymyślać niestworzone historie o tym, jak należy interpretować wszystkie przygody, jakie morały niosą za sobą, ale zdaje mi się, że w takiej sytuacji każda, nawet najbardziej niesamowita książka straciłaby swoją magię. Dla mnie spotkanie z Kubusiem Puchatkiem było powrotem do dzieciństwa i tylko to się liczyło. Współczułam Kłapouchemu, choć denerwowało mnie jego ciągłe narzekanie, chciałam dodać odwagi Prosiaczkowi, mimo że jego plany wydawały mi się absurdalne, nie mówiąc już co było z samym Puchatkiem. 
  Podziwiam Milne'a za dzieło, które stworzył. Trzeba być naprawdę genialnym pisarzem, żeby wydać tak uniwersalną powieść dla dzieci,  w której odnajdzie się każdy dorosły. Nie wiem co mogę jeszcze dodać, poza tym, że zakochiwałam się w każdej następnej stronie i przygodzie. Pokochałam rozdział VIII w którym Krzyś staje na czele Przyprawy do Bieguna Północnego, całym swoim sercem (najbardziej oczywiście Przyprawę do Bieguna Północnego ♥). 
  Podsumowując. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji poznać przygód Kubusia Puchatka, to żałuj i jak najszybciej nadrób swoje zaległości. Uwierz mi, nie będziesz żałował. Sama oceniam je na mocne ■■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć). Z całego serca polecam! A przede mną jeszcze dwie książeczki z tej serii, będę z zapartym tchem poznawałam następne przygody wesołej gromadki, a że czytanie akurat tej powieści nie wymaga ode mnie zbyt dużo zaangażowania, nawet sesja będzie idealnym czasem na lekturę. Tymczasem życzę udanego dnia i do następnego!



W słuchawkach:

1/10/2016

Strach spać...

Cześć kochani!
  Właśnie skończyłam czytać książkę, do której zbierałam się już dość długo. Kupiona jakoś rok temu na przecenach leżała na mojej półce i się kurzyła. Wraz z Nowym Rokiem zaczęłam ją czytać i się na niej nie zawiodłam. Dlatego też zapraszam do mojej recenzji książki
■■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć). Jeśli tylko temat psychologii nie jest Ci obcy, analiza człowieka Cię interesuje i chcesz choć trochę poznać umysł psychopaty, to w ciemno mogę Ci polecić właśnie tę książkę.
  Moja noc będzie dzisiaj wyglądała ciekawie, boję się, że może mi się nie udać opanować wszystkich emocji po przeczytaniu powieści Mariniego. Ale tymczasem życzę wam udanego nowego tygodnia i zabieram się za następną książkę (a może film na podstawie "Kiedy śpisz"). Do następnego!

12/26/2015

Polecieć na skrzydłach innego wiatru

Cześć kochani!
  Już bardzo, bardzo długo nie pisałam. Dużo zmieniło się w moim życiu, bardzo dużo, właśnie dlatego tak długo nie pisałam. Teraz też szukam garściami choć chwili czasu na sen. Na szczęście mamy święta i jest szansa, że jeśli tej nocy prześpię 8 godzin wreszcie wyśpię się za wszystkie dotychczas nieprzespane noce na studiach.
  Co jest jeszcze pięknego w świętach? To, że mam czas czytać i właśnie skończyłam "Inny wiatr" Ursuli K. LeGuin, dlatego też chciałabym ją zrecenzować. A tak naprawdę znów spróbować napisać kilka mało składnych zdań o moich wrażeniach, odczuciach po przeczytaniu tej, już ostatniej powieści z cyklu Ziemiomorza.
  Zacznę może od tego ile czytałam tę książkę, z przerwami oczywiście, ale zawsze. W sumie wyszłoby od sierpnia, około 5 miesięcy. Dlaczego tak długo? Po pierwsze ostatnio moją ulubioną lekturą stała się "Symfonia C++" (uroki studiów informatycznych), do tego uznałam, że zaraz po przeczytaniu "Blasku fantastycznego" Pratchetta idealnym pomysłem będzie kolejna dawka fantastyki, ale też pierwsze dwa rozdziały mi się niemiłosiernie dłużyły. Nie wiem dlaczego, ale zupełnie nie wydały mi się interesujące. Teraz, gdy znam zakończenie, widzę, że budowały napięcie, wyjaśniały kwestie i wiązały wątki z poprzednich książek z tym co ma się już wkrótce wydarzyć, ale wtedy było to dla mnie zupełnie zbędne. Ale gdy cała opowieść zaczęła się układać, wystarczyło kilka godzin, żebym skończyła ją czytać. 
  O czym jest książka? Gdy zadano mi pytanie od razu stwierdziłam, że chyba najbardziej z całej sagi mówi o smokach. To śmieszne, że mój znajomy ostatnio zapytał mnie, czy jeszcze czytam o smokach. Jeszcze biorąc pod uwagę wizję smoków przedstawioną nam już w poprzedniej części, z zapartym tchem poznawałam kolejne tajniki jakie skrywały przede mną nowe akapity.
  Ciężko mi napisać cokolwiek więcej nie zdradzając całej historii. W końcu jako ostatnia z powieści "Inny wiatr" jest zobowiązany zakończyć wszystkie rozwinięte wątki (albo ich zdecydowaną większość) i moim zdaniem robi to bardzo dobrze. Jedno na co mogę narzekać, to dość oczywiste zakończenie. Nie byłam zaskoczona tym co się wydarzyło. W raz z budowanym napięciem, rozwijały się plany co do zakończenia. Trochę mnie to bolało, ale mimo wszystko z ogromnym zafascynowaniem doczytałam do ostatniego zdania. Musze się przyznać, że wzruszyło mnie to. Nadal bardzo emocjonalnie podchodzę do bohaterów. Czułam to co Tenar, cały smutek, ale też zrozumienie dla tego co w końcu musiało nastać.
  Jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo mnie boli. Można powiedzieć, że moment kulminacyjny znajduje się na ostatnich dziesięciu stornach powieści, gdy wszystko co jest wcześniej snuje nam opowieść jak rzeka, razem ze wszystkimi meandrami. Do tego jest dość ubogo opisany. Można śmiało powiedzieć, że wiemy co się dzieje, ale moim zdaniem zabrakło tutaj trochę... może weny twórczej? Nie ujmuję tutaj oczywiście umiejętności Ursuli LeGuin, ale książka była długo po poprzednich częściach i nie czuć tutaj już dokładnie tego klimatu jaki był w "Czarnoksiężniku z Archipelagu". Pewnie spora część fanów tej amerykańskiej autorki się ze mną nie zgodzi, ale sama tak uważam i nie mam zamiaru się z tym kryć.
  Podsumowując - nadal kocham Ziemiomorze i z ogromną chęcią sięgnę po opowiadania z tej serii, ale oczekiwałam "Innego wiatru" trochę więcej. Perfekcyjnie zamyka wszystkie pootwierane wątki, daje czytelnikowi możliwość zapatrzenia się w przyszłość bohaterów i chce się czytać więcej, ale miałam nadzieję, na coś innego. Stąd i tak wysoka ocena ■■■■■■■□□□□ (sześć na dziesięć).
  Moja opinia pewnie będzie się jeszcze długo kształtowała, w końcu właściwie dwie godziny temu skończyłam czytać, ale przynajmniej dowiedzieliście się, jaka jest moja świeża reakcja na całą książkę. A Wy mięliście już szczęście ją poznać? Przypadła Wam do gustu? Koniecznie napiszcie w komentarzach.
  A tymczasem żegnam się z Wami. Już niedługo napiszę recenzję "Blasku fantastycznego", który czeka na post już od lipca (najpóźniej za tydzień powinna się ukazać). Trzymajcie się ciepło i dużo czytajcie!



W słuchawkach:

2/09/2015

Byle zdążyć

Hej!
  Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moją opinią o kolejnej książce, którą udało mi się przeczytać. Znów lektura szkolna o tematyce wojennej, ale moim zdaniem warta uwagi, a mam na myśli "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall.
  Książka jest reportażem napisanym w formie luźnego wywiadu Hanny Krall z  Markiem Edelmanem, znanym kardiochirurgiem, a także przywódca powstania w Getcie Warszawskim. Edelman opowiada o swoim życiu snującluźne dygresje. W jednym momencie opowiada o przygotowaniach do powstaniu, żeby chwilę później opowiedzieć o swoich pacjentach ze szpitala, czy operacjach Profesora.
  Nie zgadzam się z opinią, ze książka ta jest ciężka w przekazie i odbiorze. Rzeczywiście porusza bardzo trudną (nie tylko dla Polaków) tematykę. Mówi o rzeczach, które nie wszystkim przypadną do gustu, o wojnie, o zabiegach kardiochirurgicznych i przede wszystkim o śmierci. To ostatnie zagadnienie jest tutaj najlepiej opisane, szczególnie jeżeli chodzi o doświadczenia w klinice szpitalnej. Jest tam zaznaczony pogląd, z którym w stu procentach się zgadzam. A mianowicie: śmierć jednej osoby to tragedia, a śmierć tysięcy to statystyka. Śmierć małego chłopca chorego na serce po nieudanej operacji poruszy nas bardziej niż miliony brutalnie zamordowanych w czasie wojny, czy setki umierające codziennie w szpitalach na tę samą chorobę serca co nasz chłopczyk. To brutalne, ale prawdziwe.
  Coś co dodatkowo przykuwa uwagę czytelnika jest dystans z jakim Edelman opowiada o ogromie cierpień i walki. można by powiedzieć, ze przez wszystko co przeżył jest znieczulony na ból otaczających go ludzi. Autorka nawet w czasie jednej z rozmów zasugerowała mu to. Moim zdaniem ten dystans wywołany jest okropnymi warunkami wojny i patrzymy na to przez pryzmat tamtych okropnych czasów. Jednak Edelman z równie dużym dystansem porusza temat wielu pacjentów, którzy stracili życie przez bierność lekarzy. Czym ja to tłumaczę? Zabrzmi to okropnie, ale bez ofiar nie ma postępu. Nie uważam, że można eksperymentować na ludziach, bo jest nadzieja, że coś z tego wyjdzie. Sądzę jednak, że jeżeli nie ma nic do stracenia, zawsze warto spróbować (np. w sytuacji, w której eksperymentalna operacja jest jedyną realną szansą na uratowanie życia).
  Książka nie jest taka ciężka, jak mogłoby się wydawać przy tej tematyce, co potwierdza wyjątkowo prosty i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika język. Jak wspomniałam na początku, reportaż ten przyjmuje formę wywiadu, zwykłej rozmowy, dlatego bez większego wysiłku można "połknąć" go na raz. Sama spędziłam tylko jedno popołudnie wciągnięta w historię pana Edelmana. 
  Cieszę się, że tak ciężką tematykę jak śmierć, nie ważne w jakiej formie, czy w czasie wojny czy w szpitalu, poruszona jest w tak przystępnej formie. Wiele osób zniechęciłoby się do książki opowiadającej o wojnie trudnym językiem. Część tych bardziej wytrwałych oczywiście doczytałoby do końca (pewne części osób język może nawet przypadłby do gustu), ale wielu poddałoby się nie kończąc zmagań ze zbyt ciężką dla siebie książką o poważnej tematyce.
  Tak, to jest zdecydowanie dobra książka, nie da się ukryć. W mojej ocenie zasługuje na mocne ■■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć). Uważam, że nawet jeżeli nie czytaliście jej jako lektury szkolnej, to zdecydowanie warto. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie, inne spojrzenie na czas wojny, a także na ludzkie życie. Gorąco polecam.
  Jest to druga książka, którą przeczytałam w tym roku, dlatego ona także kwalifikuje się do moje wyzwania noworocznego. Oto kategorie, do których mogę ją zaliczyć:
- autorem jest kobieta,
- oparta na prawdziwej historii,
- przeczytana w jeden weekend (w prawdzie nie był t do końca weekend, ale można to tak zaliczyć, w końcu to był jeden dzień, jedno popołudnie),
- akcja rozgrywa się w czasie wojny.
Przede mną jeszcze dużo ciekawych książek nim zrealizuję wszystkie punkty, ale to sama przyjemność. :)
  A tak odbiegając od tego wszystkiego, w tym tygodniu nie działo się zbyt dużo. Powinnam zająć się przygotowaniami do Olimpiady Fizycznej (zakwalifikowałam się do części doświadczalnej zawodów II stopnia, które odbędą się w najbliższą niedzielę), a zamiast tego godzinami siedzę nad książkami. Przeczytałam "Zdążyć przez Panem Bogiem", zaczęłam "Dżumę" i "Zieloną milę". W prawdzie zanim je skończę jeszcze trochę minie, ale mm czas - jeszcze jeden tydzień ferii zimowych i wiele weekendów, gdy nie będę się chciała uczyć do matury.
  Tymczasem będę kończyć. Gorąco zachęcam do podzielenia się swoją opinią o książce Hanny Krall. Pozdraiwam i życze udanego tygodnia. 




W słuchawkach:

2/01/2015

Zamknięci w pudełku

Cześć!
  Od razu chciałabym przeprosić na nieobecność w poprzednim tygodniu. Tak wyszło, że po studniówce praktycznie nie ruszałam się z łóżka i to nie tylko przez zmęczenie, ale przez obolałe stopy (ledwo chodziłam, ale cały wieczór wytrzymałam w dziesięciocentymetrowych szpilkach a to jest dla mnie ogromne osiągnięcie). Ale już opowiadam, jak było.
  Bardzo napięty grafik spowodował, że studniówka wydała się naprawdę bardzo krótka, choć w praktyce spędziłam na miejscu całe 12 godzin, co mnie zaskoczyło, bo uświadomiłam to sobie dopiero teraz, pisząc te słowa. To naprawdę dużo, a zdawało się, że dopiero zaczął się wieczór, a już się kończy. 
  Poloneza nie mogę zaliczyć do udanych, w prawdzie nie pomyliłam się w krokach (co podobno przynosi pecha i niezdaną maturę, ale kto by wierzył w przesądy i inne zwyczaje studniówkowe, jak czerwona podwiązka), ale nie wyrobiliśmy się z muzyką. Pierwsza grupa (po której wchodziliśmy) za późno zeszła (oni też nie zdążyli), dlatego my wchodziliśmy, gdy oni schodzili, a że sala była większa niż ta na której zazwyczaj ćwiczyliśmy wszystko po tym się posypało. W prawdzie niewiedza ze strony osób oglądających nasz pokaz była naszym atutem, pozostaje niesmak, że nie wyszło tak dobrze, jak powinno. jedno co w tym polonezie było dobre, to fakt, że miałam z kim tańczyć. Kosztowało mnie to wiele wysiłku, poniżenia, nabrania niesamowitego dystansu do siebie, ale się udało i chyba nawet nie było tragicznie.
  Później był walc z nauczycielami. Z tym też było pewne zamieszanie. W środę w czasie zajęć ustalaliśmy, kto z kim tańczy. Miałam tańczyć z moim matematykiem. Nawet cieszyłam się na tą myśl, ze względu na fakt, że nie tańczyłam tańców pokazowych, ale oczywiście wszystko musiało się popsuć. W czwartek (w czasie próby na sali) dowiedziałam się, że nie ja mam z nim tańczyć, a dziewczyn z mojej klasy - Karolina. Byłam zła, czułam się tak bardzo nie potrzeba na całej studniówce. Łzy same przypływały mi du oczu, ale jakoś to zniosłam. Musiałam, w końcu nie będę się awanturować o coś tak nieistotnego (w oczach większości). W piątek okazało się, że mojego matematyka nie będzie. Jestem okropna, ale pomyślałam, że ją pokarało. A wracając do walca, jak zwykle wyszedł jak walec nie walc, jedna wielka chmura elektronowa, ale co zrobić, co roku jest to samo i raczej się już nie zmieni.
  Później były tańce pokazowe, nie brałam w nich udziału w taki bezpośredni sposób, miała w prawdzie swoje pięć minut, które przyćmiło cały pokaz, z czego mogę być dumna, ale muszę powiedzieć, że tango wyszło cudownie. Z efektem wow i w ogóle, dużo lepiej niż samba, która była zbyt pstrokata i poplątana. 
  No i kabaret, moment na który czekali wszyscy. Śmieję się, że miałam w nim najważniejszą funkcję. Kabaret był bardzo muzyczny. Opierał się o cztery piosenki przerobione tak, żeby mówiły o naszej szkole. Jedni uczniowie grali, a ja puszczałam muzykę. Niewtajemniczeni nie wiedzieli nawet, ze brałam udział w kabarecie, a ja będę konsekwentnie mówiła, że miałam najważniejszą funkcję. I choć nikogo nie grałam, beze mnie nie byłoby żadnej próby z dźwiękiem, a nie mówiąc już o samym przedstawieniu. Na szczęście wszystkim się podobało, nie było osoby, która czuła się obrażona, a najważniejsze, że ludzie się śmiali i to szczerze. Tak, to się właściwie liczy najbardziej. :)
  Po tym wszystkim mogliśmy się bawić. Ale jest jedna rzecz, o której nie wspomniałam. A chodzi o to jak wyglądałam. Jest zdjęcie, na którym jestem (najbardziej po lewo). Sukienka ta sama co w zeszłym roku, ale tym razem dodałam jej pazura poprzez ramoneskę. Do tego była inaczej uczesana. Miałam dużo mocniej zakręcone włosy, spięte na jedną stronę i, o dziwo, rozprostowały się tylko troszeczkę.
  To chyba tyle jeżeli chodzi o studniówkę, nie mogę się doczekać aż będą wszystkie zdjęcia i film. Choć na to sobie jeszcze trochę poczekam. Teraz mogę się zająć innymi, można powiedzieć, że równie ważnymi, rzeczami. Znów recenzja, ale tym razem będzie filmowa - "Pudłaków".
  Tytuł trochę zaskakuje. W końcu czym mogą być Pudłaki? Angielska nazwa daje trochę więcej do zrozumienia Boxtrolls. Ogólnie rzecz ujmując są to stworzenia żyjące w podziemiach miasta, każdy taki stworek ma swoje pudełko, w którym chowa się w razie zagrożenia imitując otoczenie - zaśmiecone ulice. Pudłaki to stworzenia nocne, w czasie dnia śpią (układając się w jedną wielką kostkę, a w nocy wychodzą na zewnątrz w poszukiwaniu różnych przedmiotów do swoich wynalazków. Taką stronę Pudłaków poznajemy razem z początkiem filmu. Widzimy, ze opiekują się chłopcem, którego wychowują jakby był jednym z nich.
  W między czasie, w mieście te niewinne stworzonka uważane są za największe zło. Straszy się nimi dzieci, żeby nie wychodziły po nocach, wprowadzona zostaje godzina policyjna,. żeby pozbyć się ich wszystkich. 
  Film ten opowiada o tym, że największymi potworami mogą być ludzie, uczy tolerancji i aby nie oceniać innych po pozorach. Jest momentami bardzo śmieszny i choć akcja jest trochę płaska (wielu rzeczy można się naprawdę domyślić, mnie prawie udało się opowiedzieć całą historię na początku filmu) to ogląda się go naprawdę przyjemnie. Wiele można z niego wynieść i spędzić miło czas razem z rodziną czy przyjaciółmi.
  Możecie nazwać mnie dzieciakiem, ale sama z ogromną chęcią sięgam, właśnie po takie filmy. Nie widziałam w sowim życiu zbyt wielu tych "dorosłych", za to bajek (czy filmów animowanych, kwestia nazewnictwa) obejrzałam wiele i to nie lada wyzwanie, żeby tego typu film mi się podobał. Ten przypadł mi do gustu, a gdy dowiedziałam się, że powstał na podstawie książek, od razu postanowiłam sobie, że je przeczytam. Angielska nazwa trylogii Alana Snowa brzmi "Here Be Monsters", jeżeli chodzi o polski tytuł "Były sobie stworki". Ten już naprawdę wydaje się być bajką dla dzieci. Spodziewam się, że większość akcji została oddana w filmie, mimo to chętnie przeczytam tę trylogię.
  A wracając do samego filmu. Jest jedna rzecz, która mnie urzekła. Mam na myśli sposób wykonania. Film ten został stworzony metodą zdjęć poklatkowych, co robi ogromne wrażenie (przynajmniej na mnie). Przez większość filmu zastanawiałam się, czy to normalna animacja czy to jakieś figurki z modeliny, albo czegoś w tym rodzaju. Oświetlenie wskazywało, że nie jest to typowa animacja komputerowa. Końcówka filmu rozwiała wszystkie moje wątpliwości. Pokazano człowieka przy pracy, który zmienia wielokrotnie ustawienie postaci, ich rąk czy ust. Jestem pod ogromnym wrażeniem scenografii, a także dopracowania postaci.
  Pozostaje ocena. Film bardzo przyjemny. Pudłaki są urocze (choć nie tak jak Minionki), a z całej historii można się wiele nauczyć. Stąd moja ocena - ■■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć). Gorąco zachęcam do obejrzenia filmu, bo warto, chociażby żeby przyjrzeć się animacjom. :)
  I tym optymistycznym akcentem zakończę post. Jeśli tylko widzieliście "Pudłaki" podzielcie się swoją opinią, a może tak jak ja przeżywaliście w tym roku swoją studniówkę i chcielibyście coś o niej napisać? Zachęcam do komentowania. A tymczasem życzę miłego dnia. Do zobaczenia!




W słuchawkach:

1/18/2015

Zupełnie inny świat

Witajcie!
  Dzisiaj przybywam z nowymi pokładami energii, zdecydowanie większą ich ilością niż tydzień temu, gdy padnięta po Olimpiadzie Fizycznej postanowiłam jednak sięgnąć do komputera i naskrobać kilka zdań.
  Tym razem zacznę od tego co działo się w tym tygodniu, a mianowicie mam na myśli turniej czegoś w rodzaju szermierki, dla ułatwienia będę go tak nazywała, ale nie czepiajcie się, że turniej był czego innego, choć plakat mówi o szermierce. 
  Nie myślcie, ze sama brałam udział, nie, nie ma szans, choć po wszystkim, jak obserwowałam kolegę - Jonasza, jak on się bawił i innych jego znajomych, to pomyślałam, ze mogłabym spróbować, gdybym tylko miała ze sobą jakiś strój sportowy, albo chociaż buty, które nie są glanami, bo w takich nie pozwolono by mi wziąć udziału. Ale zacznijmy od początku.
  Jonasz, kolega z klasy, od jakiegoś czasu ćwiczy szermierkę w klubie, a ten klub postanowił się wybrać na zawody. Stąd Jonasz też brał udział w zawodach. A że Jonasz poinformował nas jako klasę o tym, że będzie się pojedynkował z przyszłymi mistrzami świata (albo przynajmniej Polski) to postanowiłam go trochę powspierać (właściwie pomęczyć swoją obecnością pod pretekstem kibicowania, albo dotrzymania towarzystwa). I tak oto znalazłam się na turnieju szermierki.
  Jak to wyglądało. Powiem szczerze, że dość śmiesznie. Wszyscy (łącznie z dziećmi, czasem dziesięcioletnimi albo nawet mniej) mięli albo miecze, albo szpady całe okute gąbką. Wszyscy dostali je tego samego rozmiaru, więc niektóre dzieciaki wyglądały komicznie z bronią większą od siebie, ewentualnie swojego wzrostu. No i było trochę źle zorganizowane. Zawody ze szpadami miały zacząć się po 13 (ale naprawdę chwilę po 13), a zaczęły się może koło 15, sama dokładnie nie wiem. Od kiedy nie mam zegarka na ręce, jedynie w telefonie, dość słabo orientuję się w godzinach, a nie chciałam co chwila zerkać na telefon, żeby nie wyszło, że się nudzę. Zanim Jonasz zaczął walczyć minęło trochę czasu, ale mogłam zobaczyć jak inni się biją na miecze. Było fajnie, choć Jonasz nie wygrał wszystkich walk. I choć jest dość zamkniętym człowiekiem i głośno by tego nie powiedział, chyba cieszył się z tego, że przyszłam.
  Teraz natomiast przejdę do recenzji. Tak, dobrze przeczytaliście. Postanowiłam napisać recenzję książki, którą w ostatnim czasie przeczytałam. Nie ukrywam, ze jest to lektura szkolna, jednak moim zdanie warta uwagi, a mam na myśli "Inny świat"
■■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć), a to naprawdę dużo jak na lekturę szkolną.
  No i jest jeszcze jedna rzecz, która dotyczy tej książki. Jest to pierwsza moja książka przeczytana w tym roku i kwalifikuje się na moje wyzwanie noworoczne w kilku kategoriach:
- więcej niż 215 stron,
- oparta na prawdziwej historii,
- autorem jest mężczyzna,
- akcja rozgrywa się w czasie wojny.
Mam świadomość, ze wiele z tych punktów będzie się jeszcze powtarzało przy innych książkach, ale to zawsze jakiś początek, prawda? 
  I to by było na tyle w tym tygodniu. Nie jestem pewna czy napisze za tydzień, ze względu na to, że już 24 stycznia mam studniówkę, a po zeszłorocznej zabawie wiem jak bardzo nieprzytomna mogę być dzień później. Mimo to, jeżeli nie za tydzień to za dwa na pewno wszytko szczegółowo opiszę. A tymczasem trzymajcie się ciepło. Zachęcam do komentowania i podzielenia się swoją opinią,k czy o książce czy też o całym blogu. Miłego dnia! :)




W słuchawkach:

1/11/2015

Olimpijsko

Hej Kochani!
  Dzisiejszy post będzie dużo krótszy niż poprzednie. Jestem bardzo zmęczona po Olimpiadzie Fizycznej, która wyssała ze mnie prawie wszystkie soki.
  To tak, dzisiaj był OF. Zadania jak zwykle zaskoczyły. Nie mam dobrych przeczuć, choć jeśli próg punktowy będzie podobny do zeszłorocznego, jest szansa, że przejdę i będę męczyła się dalej. Ale poza bardzo ciężkimi zadaniami są jeszcze inne plusy całej tej sytuacji. Przede wszystkim jedzenie. Mimo, że było nas tam bardzo dużo (jeżeli dobrze pamiętam to koło 50 osób - no właściwie dokładnie 40 osób, potwierdzone info) każdy dostał dwa kawałki pizzy i sosy! Do tego mogliśmy, w granicach rozsądku, pić dużo kawy i herbaty, a także dostaliśmy czekoladowy batonik (nie pomyśleli o osobach, które nie mogą jeść czekolady, jak na przykład mój kolega z klasy Michał, który podzielił się ze mną swoim batonikiem) i tymbark - każdy wybierał smak z zakupionych. 
  Były jeszcze inne plusy. Jednym z nich był nasz nauczyciel fizyki, który kupił moje serce przychodząc w niedzielę na Olimpiadę, bo kilku jego uczniów startowało i chciał powiedzieć nam wszystkim: "Powodzenia". Mnie kupił. Jest najbardziej kochanym nauczycielem jakiego znam. Naprawdę. A do tego nosi glany i słucha metalu, czego chcieć więcej od fizyka? ;)
http://www.kgof.edu.pl/  Po czterech i pół godzinie męczarni nas wypuścili (mogliśmy wyjść wcześniej, ale przecież to nie o to chodzi, trzeba jak najlepiej wykorzystać czas, można się przespać, czy coś takiego, a na to nie wystarczy jedna godzina, co najmniej dwie, a najlepiej cztery :P). Powiedziano nam, że jeszcze dzisiaj na stronie Komitetu Głównego Olimpiady Fizycznej powinny pojawić się zadania z rozwiązaniami. W obrazku link. Osobiście nie bardzo chcę na nie patrzeć, żeby nie przekonać się, ile punktów straciłam. A poza tym jutro w szkole na pewno znajdzie się ktoś, kto już je dokładnie przejrzał i podzieli się z nami sowimi spostrzeżeniami. Tak będzie lepiej dla mojej psychiki. Zdecydowanie lepiej.
  A co poza tym. W sumie niewiele się dzieje. W środę po przerwie wróciliśmy do szkoły i co tu dużo opowiadać, znów praca. Ale plan nam się zmieni już niedługo, więc trochę się pobawimy z innymi salami. Pewnie będziemy więcej chodzić między wydziałami... Nieszczęsna mała szkoła, której za żadne skarby świata nie chcemy zmieniać na nowy budynek, który będzie "lepszy". Ale nie czas i nie miejsce, żeby narzekać na zamianę budynku szkoły. Jak już mówiłam, jestem padnięta i najchętniej położyłabym się już spać, dlatego będę się z Wami żegnała. Do napisania w przyszłym tygodniu. Obiecuję, że post będzie bardziej obfity niż dzisiejszy. Dobranoc! :)




W słuchawkach:

1/04/2015

Sylwestrowe szaleństwo

Witajcie kochani!
  Jak minął tydzień? Wierzę, ze każdy z Was spędził szaloną Noc Sylwestrową na zabawie, przynajmniej tak dobrej jak moja. W końcu nie ma nic lepszego niż cały wieczór wypełniony zadankami z fizyki i przygotowaniami do zbliżającej się olimpiady, prawda?   Ale teraz ani nie czas, ani nie pora na ponowne narzekanie na mój rozkład pracy w czasie tego długiego (bardzo długiego) wolnego. Dlatego teraz jeszcze zdjęcie i już zmieniam temat.
  Tak wyglądał mój wieczór. :)
   
  Dość długo zastanawiałam się, o czym mogłabym napisać. W końcu w moim życiu nie dzieje się nad wyraz dużo. Siedzę w domu i popijając herbatę ślęczę nad fizyką (ostatnio coraz mniej, właściwie od Sylwestra do niej nie usiadłam, to trochę smutne). Choć w sumie w tym tygodniu (dokładniej 2 stycznia) byłam na koncercie zespołu złożonego z moich znajomych. Zespół nosi nazwę Overflow i gra metal, tak głownie metal. Coś co mnie zadziwiło to fakt, jak dobry wokal mogą mieć na nagraniach (bo na koncercie nic nie było słychać). Poznałam na nim kilka miłych osób, ale to tyle na ten temat.
  Jest jednak coś o czym mogłabym opowiedzieć. Chodzi o bajkę, którą wszyscy znakomicie znamy, każda mała dziewczynka ją widziała, a jeżeli nawet nie, to nie ma możliwości, żeby nie widziała chociażby urywków czy przeróbek w internecie. A mam na myśli Disnejowską "Śpiącą królewnę".
  Nie wiem, czy pisanie w tym przypadku o recenzji ma jakikolwiek sens. W końcu jest to już na tyle popularna bajka (właściwie film animowany, moja nauczycielka języka polskiego w gimnazjum, zawsze bardzo naciskała, żebyśmy nie używali określenia bajka do filmów animowanych, ze względu na to, że bajka to krótki wierszowany utwór z morałem, najczęściej zawierający motywy zwierzęce itd.), tak bezpośrednio dotyka ona naszego codziennego funkcjonowania, że nie jestem pewna czy ocenianie jej ponownie po wielu latach i myśląc dużo bardziej racjonalnie ma sens. Dlatego nie podejmę się oceny i nie będę przybliżała fabuły. Skupię się jedynie na tych zabawnych z perspektywy lat fragmentach, które zwróciły moją uwagę.
  Na początku zadziwiła mnie jak zwykle piękna muzyka. Film jest już wiekowy, a mimo to muzyka może zwrócić uwagę. Operowe śpiewy, liczne piosenki, których zaśpiewanie obecnie byłoby wyjątkowo trudne, a w 1959 roku też nie mogło być proste.
  Drugą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy były animacje i to ile się w tej dziedzinie zmieniło przez ponad pół wieku. W "Śpiącej królewnie" możemy bez większego trudu zauważyć dużą różnicę w narysowaniu animowanych postaci czy przedmiotów, a tłem. Tło wydaje się być dopracowane, jak prawdziwe dzieła sztuki. Wszystko jest ładnie wycieniowane, delikatnie zaznaczone i daje naprawdę ładny obraz. Ale na to wszystko nałożone są narysowane grubą czarną kreską postacie, które ruszają się często dość sztywno, w wielu, wyraźnie zaznaczonych płaszczyznach. Nie przeszkadza mi to, w końcu bajce przed ponad pół wieku można wybaczyć naprawdę dużo, ale gdy zaraz po obejrzeniu "Czarownicy" (po raz kolejny), oglądam tę pierwszą rozpowszechnioną historię Aurory, to łatwo zauważam kontrast między wykonaniem jednego i drugiego filmu.Trochę mnie to śmieszyło. W ostatnim czasie sama trochę interesują się animacją (nie jestem w stanie właściwie nic zrobić i taka animacja jak w "Śpiącej królewnie" byłaby dla mnie wielkim osiągnięciem) i wygląda to wręcz komicznie.
  Z innych rzeczy, które zwróciły moją uwagę, to rola wiedźmy. Po obejrzeniu "Czarownicy" liczyłam na choć trochę większy udział tej postaci w znaczeniu filmu. Rozumiem, to jest zły charakter, który nie może się podobać dzieciom, ale bez przesady. A skoro mówimy już o złych charakterach, to mężczyzna, który podchodzi do Ciebie w lesie i zaczyna z Tobą tańczyć (nie zapominamy, ze widzisz go po raz pierwszy w życiu i nawet nie poznajesz jego imienia) jest idealnym kandydatem na męża i na pewno nie jest dziwny.Nie będę już poruszała wątku oczywistości przeznaczenia sobie tej dwójki bohaterów, bo gdy okazuje się, że on jest księciem, a ona księżniczką i chcą z siebie zrezygnować, żeby móc być ze sobą, robi się zbyt romantycznie i mdło, ale zajmę się inną, dla mnie, bardzo istotną kwestią.
 Chodzi mi o sukienkę Aurory. Gdy tylko myślę o śpiącej królewnie, widzę ją w różowej sukience. Nie ma opcji, żebym wyobrażała ją sobie w niebieskiej, w jakiej przecież była. No nie ma opcji. Nie wiem czy jest to wpływ późniejszego zamieszania z księżniczkami Disneya, czy z czymś innym, ale nie podoba mi się fakt, że Aurora miała niebieską sukienkę. Nie jestem boginią mody, nawet się tym zbytnio nie interesują, a ubranie musi jedynie dobrze leżeć i w miarę wyglądać, ale nie podoba mi się księżniczka w niebieskiej sukience (choć zdecydowanie wolę niebieski od różowego). Wiem, że jest wala o kolor tej sukienki, ale z założenia jest ona niebieska, czego nadal nie mogę strawić...
  Może to dość błahe problemy, ale jakieś trzeba mieć.  Jak już mówiłam, oszczędzę temu filmowi oceny, bo podobał mi się w dzieciństwie i nadal przywołuje miłe chwile. Powiem jedynie tyle: jeżeli nie miałeś okazji obejrzeć "Śpiącej królewny" z 1959 roku to koniecznie obejrzyj. Jest to pewnego rodzaju klasyk animacji, który warto znać. Sama mam wiele filmów do nadrobienia, ale są takie, które nawet jak uważam, że trzeba znać. "Śpiąca królewna" do nich należy. Miłego oglądania.
  To by było tyle na dzisiaj. Do zobaczenia za tydzień, już po Olimpiadzie. Trzymajcie za mnie kciuki i życzcie powodzenia. :)




W słuchawkach: