8/12/2014

Znaleźć wyjście z każdej sytuacji

Witajcie kochani!
  Przepraszam za zwłokę w tym tygodniu. Chciałam napisać w niedzielę wieczorem, ale wtedy miałam też być na filmie "Płytki grób". Chciałam go też napisać, więc zwlekałam jak najdłużej. Moje wyjście na ten film się nie udało, a do tego straciłam nastrój do pisania. Potem zapomniałam na trochę o blogu, ale już wracam z nową porcją wrażeń i recenzją filmu, który widziałam jakoś dwa tygodnie temu. Film reżyserii Shane'a Ackera nosi nazwę "9" (powiem wam, ze zanim znalazłam ten film w internecie minęło sporo czasu - zawsze wpisywałam nazwę słownie i nic nie mogłam znaleźć).
  Na film ten trafiłam zupełnie przypadkiem. Szukałam filmów animowanych, które mogłabym obejrzeć razem, z młodszym bratem, gdy mój tata pokazał mi ten film. Byłam zaskoczona, że wszyscy domownicy o nim słyszeli, a ja nie. Od razu chciałam go zobaczyć. To oczywiście się nie udało, ale gdy w końcu usiadłam sama przed telewizorem, puściłam "9" i wszyscy oglądali razem ze mną.
  Akcja filmu dzieje się w zniszczonym przez maszyny świecie. Doprowadziło to do zagłady ludzkości, a jedyne co pozostało żywe to szmaciane laleczki stworzone przez znanego naukowca, jeszcze gdy żył. Widz od samego początku filmu towarzyszy głównemu bohaterowi, laleczce z numerem 9 na plecach. Poznajemy go w momencie przebudzenie (bo nie można tego nazwać narodzinami) i dalej towarzyszymy mu. Razem z nim poznajemy świat zniszczony przez roboty i inne podobne do niego stworzenia. Jest to dość specyficzna wizja zagłady ludzkości. Pokazana jest walka między duszą, a co za tym idzie uczuciowa częścią człowieka, a umysłem i wiedzą w najczystszym wydaniu.
  Nie jest to typowy film animowany. Sama sięgnęłam po niego głowie z ciekawości, a natknęłam się na coś interesującego, innego. Nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji, a sama historia mnie zadziwiła, zasmuciła i zmusiła do refleksji. Ciężko jest pisać o tym filmie nie zdradzając zakończenia, ani najistotniejszych dla akcji szczegółów filmów, które tak bardzo mnie urzekły, dlatego od razu przedję do mojej oceny o filmie.
  Uważam, że warto było poświęcić tę godzinę z minutami na obejrzenie tego filmu. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Nie chodzi o samą animację, czy muzykę, ale o historię, wielowątkowość i przekaz tego filmu. Jeżeli chodzi o tematykę - świat post apokaliptyczny, trafiony w dziesiątkę. Nie spotkałam się jeszcze z takim rozwojem wydarzeń, a funkcjonowanie świata po tak traumatycznych wydarzeniach zawsze mnie ciekawiło. Nawet nie tylko po apokalipsie, ale również po kontrolowaniu prze maszyny, całkowitej niezależności maszyn pod ludzi i życiu z probówek (choć tutaj nie mamy tego w tak dosłownej formie, tematyka jest podobna).
  Jeżeli tylko macie możliwość zobaczenia tego filmu, zdecydowanie polecam. Może chciałabym żeby skończył się inaczej (sama nie mam pomysłu na to jak inaczej, nie banalnie mógłby się skończyć), ale to nie zmienia faktu, że wywiera naprawdę duże widzenie na widzu i zaskakuje na każdym kroku. Chciałabym móc dać mu 9 (ładnie by to wyglądało), ale dla mnie to ■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć). Jeszcze raz bardzo, ale to bardzo polecam, bo historia jest niesamowita.
  Do tego w poprzednim tygodniu, razem z Sebastianem i Maksem wybrałam się na Find out. Pewnie spytacie co to jest? Find out to rodzaj gry logicznej. Generalnie rzecz biorąc, zamykają cię w pokoju na 45 minut i musisz się z niego wyjść korzystając ze wskazówek umieszczonych w środku. Wszystko może mieć znaczenie, a Ty musisz zdecydować, co rzeczywiście Ci się przyda, na tym czy innym etapie gry.Skąd taki pomysł? Podobno przybył do nas z Węgier. Tam takich pokoi jest podobno bardzo dużo. U nas, w Łodzi, są tylko dwa pokoje, które mają być przemeblowywane mniej więcej co trzy miesiące. Wiem, że tego typu zabawie można poddać się też w Warszawie i Krakowie, ale z relacji ludzi, którzy byli i tam i w Łodzi, nasze łódzkie pokoje są najlepsze, najciekawsze i chyba najtrudniejsze.
  Śmiało mogę powiedzieć, że zabawa była naprawdę fajna i choć nie udało nam się wydostać z tego pokoju, za co obwiniamy kłódkę obrotową (można by się spodziewać, że chłopak, który ma na co dzień kontakt z takową, będzie wiedział, jak ją obsłużyć, okazało się że jest inaczej - stąd na zdjęciu zła krzywa kłódka namalowana moimi zdolnymi łapkami, którym w pewnym momencie skończył się zasięg i nie mogły malować wyżej) i jeszcze przez inne rzeczy zupełnie od nas niezależne. W końcu byliśmy chyba jedną z najbardziej elitarnych drużyn, które tam kiedykolwiek były. Sama chętnie odwiedzę drugi pokój i przyjdę tam jeszcze kilka razy, z tą sama czy inna grupą. Bardzo polecam. 
  Jeżeli chcielibyście się dowiedzieć więcej na ten temat, wszystkie informacje znajdziecie na Facebooku, a i ja sama chętnie udzielę informacji, choć nie będę zdradzała, na co można się natknąć w pokojach (w końcu zostaliśmy o to serdecznie poproszeni).
  To by było na tyle. na przyszły tydzień szykuję dla was recenzję "Drużyny Pierścienia" J. R. R. Tolkiena, może po drodze nawinie się też jakiś film, który mogłabym zrecenzować, albo coś jeszcze innego. A na razie życzę wam miłego tygodnia. Trzymajcie się ciepło i oby pogoda była ładna!



W słuchawkach: 

8/02/2014

Gwiazda, Serce Łabędzia, Tehanu

Cześć!
  Tym razem jestem już skończyłam czytać i zaraz biorę się za recenzję "Tehanu" Ursuli K. Le Guin. A recenzja czeka od wczoraj. Do tego kończąc jedną książkę od razu wzięłam się za drugą. nadrabiam to, ze tak długo nie czytałam, nie lubiłam czytać. Mam wiele książek do nadrobienia, a tym razem wzięłam się za "Drużynę Pierścienia". Książeczka trochę dłuższa niż ta, ale na pewno także ją zrecenzuję w przyszłych postach. A teraz do rzeczy.
  "Tehanu" to czwarta książka z cyklu Ziemiomorza. Z samą serią książek spotkałam się już jakiś czas temu. Dwa lata temu przeczytałam pierwsze trzy książki, a potem zaczęłam tą. Jednak wtedy pojawił się problem. Czytałam tylko w tramwaju, w wolnej chwili, a że zaczynałam nową szkołę, która stawiała przede mną kolejne wyzwania wiele nowych obowiązków, nie skończyłam jej. Wszystkie cztery książki miałam wypożyczone z mojej biblioteki na raz (inaczej się nie dało) i trzymałam je już drugi miesiąc. Nie skończyłam "Tehanu", ale mimo to oddałam książki do biblioteki. Teraz, gdy w lipcu chodziłam po antykwariatach znalazłam ją. Była w naprawdę dobrym stanie, dlatego postanowiłam ją wziąć razem z następną częścią - "Innym wiatrem" i  na nowo zaczęła się moja przygoda razem z Ziemiomorzem.
  "Tehanu" zaczęłam czytać od początku. Niewiele pamiętałam z wcześniejszych części, jednak z każdą stroną przypominałam sobie więcej akcji i kojarzyłam coraz więcej imion oraz faktów. Na nowo odkryłam tę książkę i naprawdę się w nią wciągnęłam. Gdy pierwszy raz czytałam ją w pośpiechu uciekało mi naprawdę wiele wątków, które okazywały się kluczowe do zrozumienia książki, dlatego nie od razu mi się podobała i trochę bałam się do niej wrócić. Teraz nie żałuję, że zajrzałam do nie z powrotem.
  Historia tym razem nie toczy się wokół znanego i kochanego Geda, wielkiego czarownika, arcymaga itd. Tym razem naszą uwagę przykuwa dziwna, nikomu nieznana dziewczynka, która została tragicznie okaleczona przez swoich rodziców i pozostawiona na pewną śmierć. Jednak z pomocą przychodzi jej Tenar, dawna strażniczka grobowców Antuanu i postania się ją zająć, tak jak opiekowała się własnymi dziećmi. Dziewczynka uczy się żyć w normalnym świecie, mimo że nie jest jej łatwo odnaleźć się wśród otaczających ją wydarzeń. Okazuje się jednak, że jest zupełnie kimś innym niż moglibyśmy się tego spodziewać.
  Jak już wspomniałam na nowo odnalazłam się w tej książce. Dawno nie przeżywałam tak toczącej się akcji i przygód. Wiele razy łza zakręciła mi się w oku, bo czułam realną więź z bohaterami, którym działa się krzywda. Żadna z książek z tej serii tak na mnie nie wpłynęła. nie wiem z jakiego powodu. czy jest po prostu lepiej napisana, czy czytając poprzednie części nie dojrzałam jeszcze do tej literatury? Nie wiem. Nie mówię, że tamte książki mi się nie podobały. Podobały mi się. Nawet bardzo, ale odbierałam je na zupełnie innej płaszczyźnie niż tą i (prawdopodobnie) poruszały inne tematy. Od tego czasu we mnie zmieniło się też to, że trochę obeznałam się wśród książek i jestem w stosunku do nich bardziej krytyczna. Książka musi być naprawdę dobra, abym oceniła ją powyżej siedmiu czy ośmiu w skali do dziesięciu, a kiedyś przychodziło mi to bez większego problemu. Ale wracając do samej książki.
  Bardzo spodobało mi się podejście Ursuli K. Le Guin do smoków (tak, znów podejście do smoków, tak jakoś mam), bo nie jest typowe. Duża część autorów nie zastanawia się nad tym skąd się wzięły smoki, jak powstały, czy zostały stworzone, dlatego też zwracam uwagę gdy jest inaczej, tak jak w tym przypadku. Okazuje się, że smoki i ludzie dawno temu byli sobie bardo bliscy, a wręcz stanowili jedność. Z biegiem czasu część z nich zaczęła przykładać większą wagę do ziemi, majątków, a inna zachwycała się lotem i nie obchodziło jej gromadzenie dóbr w czasie życia i właśnie wtedy zaczęli wyodrębniać się ludzie i smoki. Bardzo podoba mi się wizja tego, że kiedyś mogliśmy być ze smokami jednością, a jeszcze bardziej przypadło mi do gustu to, że do tej pory można znaleźć stworzenia, które wyglądają jak ludzie, ale mają smoczą duszę, należą do zapomnianego rodu ludzi-smoków. Tych rodowitych mieszkańców Ziemiomorza, którzy nie poddali się podziałom.
  Nie rozumiem, dlaczego ocenia się ją najniżej wśród książek z tej serii. Jedni uważają, że to nieudana próba pociągnięcia dalej cyklu Ziemiomorza. Nie uważam, że na poprzedniej części - "Grobowcach Antuanu" seria powinna się skończyć. "Tehanu" rzeczywiście odbiega od tematyki przednich, mimo to bardzo mi się podobała i nie mogę się doczekać, aż sięgnę po "Inny wiatr". Oceniam ją na ■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć). Sądzę, że zasługuje na tak wysoką ocenę. Mnie poruszyła i odrodziła pozytywne uczucia do Ziemiomorza.
  Tydzień nie był dla mnie zbyt kreatywny, wymyśliłam sobie nowe zajęcie, ale nie będę zdradzała co to jest. Pod koniec sierpnia (albo na początku września) zobaczycie efekty mojej pracy, a teraz będę się z wami żegnać. Miłego weekendu! 



W słuchawkach:

7/27/2014

Życiowa demolka

Cześć! :)
  Ten tydzień przyniósł wiele zmian w moim życiu, z niektórych będę się jeszcze dość długo otrząsała. Obróciły one moje życie do góry nogami, ale zanim to obróciły mną o trzysta sześćdziesiąt stopni w jedną, a potem w drugą stronę. Gdybym miała określić swoje samopoczucie, emocje - nie zdolna do życia społecznego. Czekająca na skazanie i wyrok. Jest źle i mimo łez, muszę sie pozbierać z małych kawałeczków i iść dalej przed siebie. Taki już mój los. 
  Zanim jednak wydarzyło się dużo złego przeżyłam naprawdę przyjemny tydzień. Byłam razem z grupką z klasy an kręglach. I co tu dużo mówić. Działo się. Nigdy nie byłam dobra w tej grze. Pierwszy raz byłam na kręglach rok temu, w czasie matur, razem z Szymonem i wtedy tez nie szło mi jakoś super (a mówi się, że początkujący ma szczęście, najwidoczniej wystarczy być na, a porzekadła przestają działać, takie moje szczęście). Tym razem nawet nie wszystkie gry byłam ostatnia. 
  Była nas piątka. Ja, Asia, Sebastian, Maks i Jonasz, w prawdzie Sebastian i Maks nie są już oficjalnie w mojej klasie (wyjechali ze stypendium uczyć się za granicą), ale dla nas zawsze będą częścią naszej społeczności klasowej. Wszystko zapowiadało się fajnie. Spotkaliśmy się przed południem, dla Maksa za wcześnie. Jeszcze nie przestawił się na nasz Polski czas, ale w sumie nie ma sensu, żeby się przyzwyczajał skoro w połowie sierpnia wraca do Stanów Zjednoczonych. Czekaliśmy na niego najpierw kwadrans akademicki, a potem jeszcze kolejny i kolejny. Przyszedł, a my nie poszliśmy od razu na kręgle. Zamiast tego wybraliśmy się do Grycana na lody. Potem dopiero zaczęła się gra. Wykupiliśmy sobie dwie godziny grania i zaczęliśmy. Pierwsza tura szła nawet całkiem przyzwoicie. Jak zwykle zamieszanie wywołał Maks i to jak rzucał. Wyobraźcie sobie chłopaka, który bierze jedną z cięższych kul idzie z nią do toru. Staje zaraz przed jego końcem w rozkroku. Dalej lewą ręką z kulą do kręgli zaczyna machać między nogami, zawsze odpowiednią ilość razy, a później ją puszcza. Wszyscy dookoła w czasie jego rzutów chowają się za filarami, kolumnami, czy za czym tylko mogą, bo nie dość, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że ktoś rzuca lewą ręką, to do tego "rozmachiwanie się" Maksa nie wygląda na bezpieczne dla osób stojących za nim. Jednak nie to jest w tym najgorsze. Najgorsze jest to, że on trafia i do tego bardzo często zbija wszystkie kręgle. My się gimnastykujemy, staramy się wyglądać profesjonalnie, jak na filmach z kręglarzami i trafiamy w rynnę. Może czas zmienić taktykę? Choć wydaje mi się, że taktyka Maksa do mnie nie pasuje. Może następnym razem spróbuję...
  W tym tygodniu byłam też na urodzinach Łodzi. Nie świętowałam w żaden doniosły sposób, jedynie skorzystałam z możliwości darmowego zwiedzenia kilku łódzkich zabytków. Ale też nie skończyłam czytać "Tehanu", dlatego też nie mogę jej zrecenzować. Czytanie nie było mi pisane. Przez cały tydzień zajmowałam się raczej rzeczami, które nie wymagały zbyt dużego zaangażowania umysłowego. Oglądałam filmy. W tym tygodniu widziałam "Zmowę pierwszych żon" i "Ralpha Demolkę". Zacznę od tego drugiego.
   Jest to film animowany, który w ostatnim  czasie oglądam z zamiłowaniem. Widziałam go już kilka razy wcześniej, jednak w tym tygodniu obejrzałam go trzy, albo i cztery razy. Znam go praktycznie na pamięć, a mimo cały czas mi się nie znudził. Ale może najpierw opiszę ten film.
  "Ralph Demolka" to film reżyserii Richa Moore'a (nie wiem dlaczego w filmach animowanych najczęściej w ogóle nie wspomina się o reżyserze, wiem że filmy te skierowane są raczej do dzieci, które się tym nie bardzo przejmują i większość osób nie docenia w tego typu filmach roli reżysera, ja mimo to uważam, że warto o nim wspomnieć). Film ten opowiada o świecie gier z perspektywy postaci z tych właśnie gier. Znajdziemy tam kilka znanych, nawet mojemu pokoleniu, gier takich jak Pac-man czy Sonic (to jeżlei chodzi o mnie, ale moi bracia, którzy mają trochę większą styczność z grami niż ja rozpoznają ich więcej, nie mówiąc już o tym ile gier zna mój tata, w końcu to były gry z czasów jego dzieciństwa). Historia opowiedziana z humorem, czasem nawet tak że wybucha się śmiechem na fotelu. Tytułowy bohater Ralph jest wielki i trochę niezdarny, co dodatkowo dodaje komizmu jego postaci. Do tego u jego boku pojawia się mała dziewczynka (brzmi landrynkowo? Nic bardziej mylnego, jest złośliwa jak mało kto i doskonale uprzykrza Ralphowi życie), która chce spełnić marzenia jego kosztem.
  Są w tym filmie dwie sceny, które wyjątkowo zapadły mi w pamięci. Jedna dotyczy Kółka Anonimowych Antybohaterów. Mają swoją mantrę, która pokochałam, gdy tylko pierwszy raz obejrzałam ten film, a brzmi ona tak: "Jestem zły, ale to dobrze. Nigdy nie będę dobry, ale to nic złego. Akceptuję siebie takiego jakim jestem." Spróbujcie mi powiedzieć, że nie jest urocza. Od teraz zawsze będę pamiętać, że nawet jeżeli jestem negatywna, nie oznacza to od razu, ze jestem zła, a sama mantra będzie mi jeszcze towarzyszyła przez następne lata. Druga scena dotyczy oddziału walczącego z ogromnymi robalami. Ich przywódcą jest kobieta - sierżant Calhoun. Jest ona najbardziej męska z całego oddziału i na początek, zanim zacznie się gra powtarza zawsze: "Pamiętajcie, że jesteście tylko mężczyznami. Jeśli się któryś wystraszy, to robić w skafander, byłe do mnie nie doleciało, bo was rodzona matka nie pozna!" Albo coś takiego, dokładnie nie pamiętam, ale znam idee, poza tym są różne tłumaczenia, bo sama spotkałam się na zwiastunach z jednym, a na filmie z drugim. Sama mam jak ja to zwykłam nazywać, skłonności feministyczne, dlatego zaimponowało mi takie podejście.
  Muzyki nie będę komentowała, wpasowuje się w akcje. Tyle powiem. Natomiast pochwalę polaków za świetny dubbing. Znów nie zawiodłam się na nim. To jedna z tych rzeczy, z których słyniemy nie tylko w granicach naszego państwa. Podobno kiedyś nie chcieli nam pozwolić zdubbingować jakiegoś filmu (jeden z pierwszych filmów animowanych, który chciano przetłumaczyć na polski), kontrolowali nas na każdym kroku i nim film trafił do polskich kin przeszedł próbę. Okazało się, że dubbing był miejscami śmieszniejszy niż oryginalny film. Od tego czasu nie było już problemu z dubbingowaniem filmów w Polsce. 
  Jeżeli chodzi o "Ralpha Demolkę" to pokochałam ten film, jak mało który. Oceniam go na ■■■■■■■■■□ (dziewięć na dziesięć), jeżeli nie więcej. Nie wiem czy wiecie, ale podobno Disney szykuje już sequel. "Mogę powiedzieć tylko, że scenariusz powstaje. Nic więcej nie wiem, więc milczę jak grób" - zdradził Jackman. Trochę się tego boję, sama nie wiem, co mogłoby być w nowej części, ale i tak pewnie go obejrzę, gdy tylko pojawi się w kinach. Po tak udanym pierwszym filmie, nie mogłabym nie zobaczyć drugiego.

  Teraz zajmę się drugim filmem, który postanowiłam obejrzeć w tym tygodniu, "Zmową pierwszych żon". Zacznę od anegdotki. Dopiero szukając plakatu do wklejenia na bloga dowiedziałam się, ze film powstał na podstawie książki. No cóż. Nie czytałam jej. Nie wiem czy się za nią zabiorę, ale chętnie ją przeczytam, bo film mi się podobał. Dodam ją do listy lektur do przeczytania mimo, ze najpierw obejrzało się film. Tak też się zdarza, choć staram się, żeby było odwrotnie. Najpierw coś na czym się wzorowali, dopiero efekt pracy. W związku z tym nie widziałam jeszcze "Władcy Pierścieni", ani żadnej z części "Igrzysk śmierci" (choć w tym drugim przypadku książki mam już za sobą, w czasie poprzednich wakacji przeżywałam Głodowe Igrzyska).
  Wracając jednak do "Zmowy pierwszych żon". Film reżyserii Hugh Wilsona opowiada historię czterech przyjaciółek. Znają się od młodości, jednak od czasów akademickich każda zaczęła wieść samodzielne życie. Teraz znów je coś łączy, każda z nich przeżywa kryzys w swoim małżeństwie. Mężowie naleźli sobie młodsze, ładniejsze i raczej puste kochanki, a z nimi zerwali kontakt wnosząc o rozwód. Przyjaciółki starają się przezwyciężyć ten trudny okres, każda na własną rękę, jednak dopiero gdy zaczynają współpracować, zaczyna się robić ciekawie.
  Film ten obejrzałam teraz drugi raz. Za pierwszym razem widziałam go może od jednej czwartej, a teraz chciałam się zapoznać z całym dziełem. Film już za pierwszym razem wywarł na mnie wrażenie, a to jak się skończył dało nadzieję na to, że zawsze może być dobrze, nawet gdy wpadnie się nawet w największe bagno. Pokazało mi także moc prawdziwej przyjaźni, tej z lat szkolnych, nawet gdy przez tak wiele lat nie utrzymywało się kontaktu. Bardzo przyjemnie się go ogląda, a że pokazuje jak kobiety mogą sobie same dać radę z życiu, co zgadza się z moim stosunkiem do życia (o czym już wspominałam odnośnie sierżant Calhoun). Dodatkowo mnie to cieszy, zadowala, moze dodaje trochę sympatii do tego filmu. 
  Jeżeli chodzi o grę aktorską. Na scenie pojawiły się gwiazdy takie jak Diane Keaton, Goldie Hawn, Bette Midler, Maggie Smith czy Sarah Jessica Parker. Naprawdę wczuły się one w grane postacie i zdaje mi się, że każdy widz mógł bez problemu wczuć się w główne bohaterki.
  "Zmowę pierwszych żon" oceniam pozytywnie. Spodobał mi się ten film, trochę zszokował. Chętnie obejrzałabym go jeszcze raz, żeby lepiej przyjrzeć się szczegółom, na które nie zwróciłam uwagi. Na ten moment mogę bez wahania powiedzieć, że film zasługuje na mocne ■■■■■■■■□□ (osiem na dziesięć).

  I teraz będę już kończyć. trochę przydługi wyszedł ten post. mam nadzieję, ze nikogo nie zanudziłam, ale pisanie tego dodało mi choć trochę otuchy  i pozwoliło choć na chwilę zapomnieć o męczących mnie problemach życia codziennego. Trzymajcie się ciepło (bo ostatnio dużo padało i zrobiło się chłodniej na chwilę). Miłego wieczora, i następnych sześciu, albo i siedmiu.



W słuchawkach:

7/19/2014

Kolor życia, kolor magii

Witajcie!
  Tydzień pełen upałów już za mną, ale pogoda na dworze nadal nie bardzo sprzyja wychodzeniu gdziekolwiek, dlatego najlepiej zostać w domu i napisać coś na bloga. W tym tygodniu skończyłam czytać "Kolor magii" Terry'ego Pratchetta. W tym poście chciałabym wam przedstawić moje wrażenia i opinię o tej książce.
  Zacznę może od tego, że bardzo długo zabierałam się do Świata Dysku. Wielu moich znajomych było zachwyconych książkami Pratchetta, namawiali mnie. Mówili, ze jeżeli tylko lubię fantastykę powinnam koniecznie zapoznać się z tym wieloksięgiem. Do tego już wielokrotnie grałam w gry planszowe na postawie książek Pratchetta, a ich nie znałam. Mimo to od jakiegoś roku odwlekałam zaczęcie czytania. Pytanie brzmi dlaczego? Podejrzewam, że może to być spowodowane również opiniami ludzi. Mój bliski przyjaciel Sebastian nie trawi książek Pratchetta. Próbował czytać je wielokrotnie, różne części, ale nie przemówił do niego język, ani humor. Nie odpowiadał mu ten typ satyry. 
  Do samego "Koloru magii" miałam mieszane uczucia. Wiele opinii, internetowych, a także tych zasłyszanych w szkole odradzało zaczynanie przygody ze Światem Dysku właśnie od tej książki. Mówi się, że to jedna z najgorszych książek tego autora. Sama, na razie, nie czytałam żadnej innej jego książki, ale ta nie wydała mi się taka zła, jak mogłabym się tego spodziewać po internetowych opiniach. A nawet mi się podobała.
  To tak. Zaczęłam od początku i nie żąłuję, bo nie zraziłam się do Świata Dysku, a nawet jestem zachęcona do poznawania następnych części. "Koror magii" zdaje mi się być wprowadzaniem do świata w których dzieje się akcja całego wielkosięgu. Zapoznajemy się w tym jak wygląda Dysk spoczywający na grzbietach czterech słoni: Berilii, Tubula, Wielkiego T’Phona i Jerakeena, stojących na skorupie wielkiego żółwia płynącego przez wszechświat - A’Tuina. A także zapoznajemy się działaniem praw tamtejszej zakręconej fizyki. Mimo tego wszystkiego nie zabrakło w taj książce przygód. Bohaterowie zmierzają się z różnymi przeciwnościami, a wszystko wygląda, jakby byli częścią wielkiej gry planszowej. Niesamowity satyryczny humor, który towarzyszy każdym kolejnym wątkom, bardzo przypadł mi do gustu i nie mogę się doczekać, aż sięgnę po następną książkę z tej serii.
  Coś co zwróciło moją uwagę i bardzo (naprawdę bardzo) mi się spodobało było podejście Pratchetta do smoków. Te piękne stworzenia są nieodłączną częścią książek fantasy, jednak po raz pierwszy spotkałam się  z nimi w tym wydaniu. Wystarczy w nie mocno wierzyć i znaleźć się w zgromadzeniu magii, a one powstają z naszej wyobraźni. Urzeczywistniają się, materializują. To takie piękne. Pozwala wierzyć, że gdzieś na świecie, jeżeli tylko znajdzie się odpowiednie skupisko magii, będzie można zobaczyć smoka, dokładnie takiego jakiego mieliśmy w swojej wyobraźni, takiego o jakim czytaliśmy we wszystkich książkach czy legendach. Takiego jakiego sobie wymarzymy. Ta wizja bardzo przypadła mi do gustu.
  Dodatkowo liczba między siedem a dziewięć, która ma ogromną moc. To właśnie wokół niej kręci się cały świat, nie jak powszechnie przyjmuje się na ziemi wokół liczby siedem. Właśnie w liczbie OSIEM jest moc pozwalająca na zniszczenie wszystkiego. mamy osiem kolorów w tęczy. Siedem nam znanych i ósmy - kolor magii. Od kiedy przeczytałam tą książkę zapałałam, może nie miłością, ale sympatią do wszystkiego co związane z ósemką, a ośmiokąty podobają mi się o wiele bardziej niż sześciokąty, choć do tej pory było odwrotnie.
  No i jeszcze nieodłączne wątku ze Śmiercią, która tutaj, co może wydać się wielu osobom dziwne, jest mężczyzna. Wierzę, ze nie poznałam jeszcze tego jak przyjemne mogą byś z nim wątki, ale mimo to bardzo ta postać bardzo przypadła mi do gustu i dodała trochę charakteru książce.
  Jak już wspomniałam nie jestem zawiedziona. Nie stawiałam żadnych oczekiwań przed tą książką. Mogła mi się spodobać, albo nie. W każdym z tych przypadków sięgnęłabym po następną, żeby przekonać się, czy to przez styl pisania mi się nie podobała, czy po prostu była słabsza. Mnie jednak przypadła do gustu i chętnie sięgnę po kolejne książki Świata Dysku. "Kolor magii" oceniam na ■■■■■■■□□□ (siedem na dziesięć).
  W tym tygodniu nie działo się za dużo. Na dworze upał, w domu upał. Od czasu do czasu można gdzie wyjść, a poza tym nie wiele się dzieje. Ale takie zalety wakacji w mieście. Od jakiegoś czasu staram się powtarzać czasowniki złożone. Na wakacje dostaliśmy do nauczenia się 971 czasowników złożonych. Część z nich znamy, ale tylko nieliczne. Dzisiaj dopiero trzeci dzień i już zaczynam tracić siły do tego. Boję się, że nie wytrwam za długo, ale wszystko przede mną. Oby nauka w czasie wakacji była dla mnie choć trochę przyjemna (z tego co zauważyłam to świetny zapychacz czasu, szczególnie, gdy po raz dziesiąty powtarzasz słówka, bo nie możesz się nauczyć dwóch z siedemdziesięciu.
  Na dzisiaj to by było wszystko. Trzymajcie się ciepło. Już zaczęłam czytać nową książkę, więc może i następnym razem wrzucę recenzję? Miłego dnia i całego tygodnia! :)



W słuchawkach (może nie do końca pasuje do takiego upału, ale za to bardzo odpowiadfa mojemu spędzeniu wakacji w Łodzi):